
Autor: fumerie
Rodzaj: NC-17, kryminał, fantasy (lekkie)
Paring: Kray
Tłumaczenie: Zdzisi
Opis: „Sypianie z kochankiem najniebezpieczniejszego
dilera broni w Azji Wschodniej, nie był najlepszym pomysłem Wu Yifana”
(Lay)
Ból był tylko formą
informacji. Nawracał do mojego umysły w kółko, przeszywał mnie niczym małe,
elektryczne wstrząsy od receptorów nerwowych prosto do mózgu. To był po prostu
sygnał, informacja, którą identyfikowałem, przetwarzałem i archiwizowałem
w bazie danych. Nigdy wcześniej nie czułem się w taki sposób, ale mój mózg słał
mi wiadomość zwrotną, że ból oznacza rychłą śmierć.
Zamrugałem, ramiona mi
drżały. Szorstki i twardy grunt pod moim ciałem, zimno sączące przez ubrania
dotykało mojej skóry tak intensywnie, że czułem je w rdzeniu kości. Jedynym
ciepłym punktem, była moja ręka, ale nawet i ona zaczynała marznąć. Krew nie
pozostawała gorąca zbyt długo, gdy opuszczała moje ciało. Przyciskanie dłoni do
krwawiącej rany na brzuchu było znacznie bardziej relaksujące. Czerwona kałuża
pode mną z sekundy na sekundę robiła się coraz większa. Opozycyjne do martwej
cichej, ciemności, było nierówne, głośne tętno w klatce piersiowej.
Zamrugałem ponownie.
Było coś twardego i ciężkiego, co dotykało mojego policzka. Lufa pistoletu.
Zimny metal przeciągany powoli w górę i dół po mojej kości policzkowej, ocierał
się jakby to była najintymniejsza pieszczota. Dźwięk mojego oddechu był zbyt
głośny, abym słyszał osobę stojącą nade mną, ale pistolet przesuwa się na moje
ramię i popycha mnie. Wydałem z siebie krzyk bez tchu, gdy uderzyłem plecami o
ziemię. Wstrząsający ruch doprawiany był przez kolejny napływ krwi pod palcami.
W głowie szumiało mi, obraz zachodził czarnymi plamami, ale widziałem jasne i
jedyne w swoim rodzaju oczy, nawet mimo mglistego światła. Niegdyś czułem do
nich wstręt – oczy tak jasne, tak zimne, tak pozbawione emocji, zestawione z
niesamowitym uśmiechem. Efekt był rażący, a ja go nienawidzę. Jednak w tej
chwili nie obrzydzenie czułem, lecz strach.
Starszy mężczyzna
uśmiechał się do mnie. Kości policzkowe unosiły się ku górze, linie sięgały
jego oczy. Powoli przykucnął tuż obok mojej głowy. Kątem oka widziałem jak
przesuwa się z daleka od rosnącej kałuży krwi. Uważał, aby nie zrujnować
swojego drogiego, szytego na zamówienie garnituru i błyszczących, skórzanych,
włoskich butów. Mężczyzna zawsze powtarzał, że nie jest zabójcą, z wyjątkiem
chwili, w której lufa pistoletu przejeżdżała po moich ustach. Szorstki, zimny
metal znalazł się dokładnie na wprost.
– Otwieraj.
Nadal się uśmiechał,
jego głos był delikatny i miękki niczym jedwab, jakby mówił do małego dziecka.
Lufa wdarła się do moich ust. Połykałem zimną ślinę i smak metalu. Moje pełne
wargi zaciskały się wokół ulubionego rewolweru mężczyzny, wszelkie srebrne,
błyszczące i gładkie części pławiły się wdzięcznie. Ciężko było nie wypychać go
językiem. Spluwa wsunęła się głębiej, prawie dusząc mnie. Śmierć niosła ze sobą
ciężki, metaliczny smak.
Wcale nie chciałem
umierać. Nasączoną krwią dłonią złapałem go chwiejnie, z determinacją za
nadgarstek. Mój uścisk był słaby, śliski, ubrudziłem mankiet jego białej
koszuli krwią. Czułem się jakbym patrzył śmierci w twarz. Łagodny uśmiech nadal
tam był, tak samo jak lodowate, zbyt jasne oczy. Nie chciałem umierać.
Naprawdę.
Łomot serca był
ogłuszający w ciemności.
*
(Wufan)
Powietrze Sanyau było gorące, wilgotne i ciężko pachniało słonym morzem. Byłem
tu zaledwie parę razy, jako dziecko wraz z rodzicami podczas wakacji.
Biegałem po zatłoczonej plaży. Dwadzieścia lat później tłum i upał był nadal
taki sam jak zapamiętałem. Przesunąłem ręką po wilgotnych włosach, a widok
piaskowego blondu zaskoczył mnie. To nadal coś, do czego muszę się
przyzwyczaić.
Droga na pustkowie
była długa i kamienista, biegła przez las, przy zboczu góry, prosto na
południowy kraniec Sanyau. Słyszałem o istnieniu bazy wojskowej w okolicy.
Luhan powiedział, że jest celowo położona w strategicznym miejscu. Zajęło mi
strasznie dużo czasu, aby objechać górę, skupiając uwagę na wpół na drodze, na
wpół na mapie GPS. Kilkaset metrów dalej odnalazłem mały zakątek, gdzie
dowiedziałem się, że jadę w dobrym kierunku. Podałem swoje imię strażnikowi i
powoli wtoczyłem się wąską drogą, słuchając chrzęszczenia liści pod kołami
samochodu. Było już prawie południe, gdy udało mi się dotrzeć przed
gigantyczną, metalową bramę. Zaparkowałem samochód przed budynkiem, zmuszony
przez ciszę zdecydowałem iść dalej pieszo. Na parkingu widziałem czarne,
lśniące, pełne elegancji BMW, vintage'owego, czerwonego Astona Martina. Z
kamienną twarzą wziąłem głęboki oddech i wysiadłem z swojego samochodu. Wiem,
że wyglądam z zewnątrz na spokojnego, ale mój żołądek skręcał się z nerwów.
Dom był dokładnie taki
jak wyobrażałem sobie letnia posiadłość milionera – luksusowy, okazały,
dekoracje i kolorystyka były bujne i bogate, meble utrzymane w tradycji
chińskiej. Bardziej wyglądało to jak ekskluzywne spa, niż dom. Bezbłędnie
utrzymany ogród, brukowana ścieżka, szklane, przesuwane drzwi i szerokie,
drewniane belki, które wyglądały jakby zostały eksportowane z egzotycznego
kraju z tropikalnymi lasami.
Jeden z ochroniarzy,
lub ewentualnie pomocy domowej, przeszukał mnie skutecznie. Podciągnął mój
czarny top, który ubrałem mimo okropnego upału, ponieważ chciałem zaimponować.
Panowała długa cisza, gdy zostałem prowadzony na tyły domu do ogrodu. Zaparło
mi dech w piersi widząc krajobraz rozpościerający się przede mną. Byłem na tyle
wysoko, że widziałem ogrom oceanu rozciągający się wraz z panoramą miasta. Woda
połyskiwała złotem od słońca. Dom wydawał się być wybudowany na klifie w
otoczce skał i ciężkich, starych drzew. Widok był oszałamiający.
– To nie widok, który
można ujrzeć w stolicy, nieprawdaż? – Zaskoczył mnie rozbawiony głos.
Zesztywniałem,
odwróciłem się powoli i stanąłem twarzą w twarz z osobą nawiedzającą moje
koszmary. Siedział tam, na nasiąkniętym oceanem i słońcem powietrzu, żywy,
oddychający, przed laptopem. He Jun Xiang – nie wyglądał na niebezpiecznego
handlarza bronią, a raczej jak typowy, sprośny, bogaty biznesmen na wakacjach.
Ubrany w proste spodnie khaki i ciemnoszarą podkoszulkę. Uśmiech słany do mnie
był przyjazny, sięgający oczu.
– Nie, zdecydowanie
nie, proszę pana. To miejsce jest przepiękne. – Skłoniłem się w pas. – Kris Wu,
sir.
Junxiang skinął głową
nadal się uśmiechając. Byłem spięty z nerwów od kilku dni. Na samą myśl o tym
spotkaniu robiło mi się niedobrze, jednak widok dziwnie ciepłego mężczyzny mnie
uspokajał.
– Ze stolicy, co? Co
cię tu sprowadza? Młode dzieciaki lubią duże miasta.
Zagryzłem nieco dolną
wargę, uśmiechnąłem się lekko, celowo, nieśmiało.
– Nieco problemów z
policją, proszę pana. Nic poważnego, oczywiście, tylko młodzi ludzie są
niemądrzy, a wręcz głupi. Mój kuzyn zasugerował, abym się tu przeprowadził.
Powiedział, że pan jest dobrym szefem. Oraz, że plaże są niesamowite.
– Tak, Zhoumi wspominał
mi – przyznał, ciągle wodząc wzrokiem po mnie z góry na dół. – Dopytałem się
także o twoje... problemy, w Pekinie. – W jednej chwili spiąłem się. Powinienem
się spodziewać, że będzie grzebał w mojej przeszłości. – Głupie, młodzieńcze
wybryki, ale wszyscy już to przechodziliśmy.
Junxiang uśmiechnął
się. Gestem dłoni zaprosił mnie do pójścia za nim w dół brukowaną ścieżką. Było
coś władczego w tym mężczyźnie. Wydawał się być urodzony z tą mocą, którą
wiedział jak wykorzystać: pozornie szczery uśmiech, wydawał się być świetną
bronią. Ta moc nie przychodziła z wiekiem ani pieniędzmi, lecz z przebiegłości
i bezwzględności.
– Nie zrozum tego w
zły sposób, nie interesowałoby mnie to zbytnio, co przeskrobałeś w tym brudnym
mieście, jednak wolę być ostrożny, rozumiesz? Dzieciaki tutaj... spędzają za
dużo czasu na imprezowaniu z cudzoziemcami, którzy są w porcie. Plaża ich
samozadowoli. – Uśmiechnął się szerzej. – Tak więc nowy start, młody. Sanyau to
świetne miejsce na to. Wiem, że wygląda to na zupełne pustkowie, ale będziesz
miał mnóstwo okazji do odwiedzenia miasta, aby się zabawić. Nie martw się o to.
Lay lubi miasto. Ach, o wilku mowa...
Ścieżka skończyła się,
a nagły błysk światła oślepił mnie. Ogród był duży, otwarty, basen na samym
końcu, pozwalał delikatnie spływać wodzie strumieniami z klifu. Widok zapierał
dech w piersi. Kryształowe, czyste niebo rozpościerało się nad nami. Zajęło mi
parę sekund uświadomienie sobie, że ktoś leży na leżaku tuż przy basenie.
Żadne zdjęcie w
magazynach nie mogło przygotować mnie i moich oczu na widok tego
chłopaka. Mleczna skóra, pulchne, różowe usta. W pełnej rozdzielczości, żyjący,
oddychający obraz mężczyzny, który pochodzi z okładek magazynów modowych. Pół
nagi, ciemne włosy nadal wilgotne od wody zaczesane miał do tyłu, ciemne szorty
luźno zwisały z jego bioder odsłaniając gładką, nie tkniętą słońcem skórę. Był
chudy, miał smukłe ramiona i lekko wyrzeźbione mięśnie brzucha – obraz
czystej perfekcji. Zastanawiało mnie to, jak przy takiej pogodzie nie opalił
się nawet odrobinę. Przełknąłem ciężko ślinę.
– Lay, podejdź tutaj –
Junxiang zawołał go przywołując gestem ręki. Młody mężczyzna wstał i podszedł
szczupłymi placami roztrzepując włosy przez co zaczęły opadać na jego twarz delikatnymi
falami.
Trudno było się nie
gapić, ponieważ, cholera, ten chłopak – Lay – wyglądał jak obraz idealnego
kochanka, trofeum ze snów, dla każdego rozpustnego milionera. Delikatna i
smukła linia szczęki, ciemne tęczówki, pożądana podwójna powieka i te usta... z
bliska, pełne, różowe, posiadanie ich to grzech. Wykonywały doskonały,
naturalny dąs, miękkie, połyskujące od wilgoci. Lay poruszał się z gracją,
zmysłowością, niczym leniwa pantera rozkoszująca się słońcem i przyciągająca
spojrzenia wszystkich rywali. Był niski, znacznie niższy niż Junxiang.
Spacerując boso, jego długie nogi wyglądały jakby nie miały końca. Ruch mięśni
pod luźnymi szortami ściągał mój wzrok na perfekcyjne łydki i uda.
Ten ideał stanął tuż
obok Junxianga i posłał mi spojrzenie, które uniemożliwiało określenie go jako
znudzonego, śpiącego, czy też może to jego naturalny wyraz twarzy. Było coś w
obecności Laya, ale nie do końca wiedziałem co. Nasze oczy spotkały się na
kilka sekund, po czym ramię biznesmena owinęło się wokół jego pasa i
przyciągnął go do swojego boku. Te pełne usta rozchyliły się podczas łączenia w
pocałunku.
Zauważyłem jak ciało
młodego chłopaka zesztywniało na ułamek sekundy, ale i tak pocałunek został
pogłębiony. Zrelaksował się zupełnie dopiero pod wpływem dotyku, zamknął oczy
rozpoczynając łapczywy taniec języków i ust. Palce Junxianga błądziły po
bladej skórze, po dolnej części jego pleców dosłownie tuż nad linią szortów.
Przełknąłem ślinę nie wiedząc gdzie patrzeć, ponieważ oni praktycznie
obściskiwali się na przeciwko mnie. Usta, język i biodra Laya przyciśnięte do
boku mężczyzny, mięśnie poruszały się i połyskiwały od letniego słońca. Nawet
gdybym nie patrzył, nie sposób było przegapić dźwięku mokrych pocałunków, ani
cichego dyszenia. Młodszy wydał z siebie niski odgłos, który więzł mu w gardle.
Jego głos był znacznie delikatniejszy niż się spodziewałem i słał dziki dreszcz
wzdłuż mojego kręgosłupa.
To było za wiele jak
na powitalny pocałunek, a ja wiedziałem aż za dobrze co to miało znaczyć. Pokaz
posiadania. He Jun Xiang uświadamiał mi co jest jego – Lay jest bez podważalnie
zakazany. To było ostrzeżenie: mogę patrzeć, nie dotykać.
Kiedy biznesmen w
końcu się odsunął, na ustach jego zabaweczki czaił się delikatny uśmieszek.
Nadal trzymał się starszego, dlatego ostrożnie odwróciłem wzrok. Junxiang
szarpnął swojego kochanka bliżej i wreszcie spojrzał na mnie.
– Chciałbym ci
przedstawić Krisa Wu. Będzie twoim nowym kierowcą i ochroniarzem.
Uśmiech z twarzy Laya
nagle zniknął, po czym odsunął się od starszego mężczyzny. Mogłem jasno
stwierdzić, że w tej chwili daleko było mu do zadowolenia.
– Co? Mówiłem ci, że
nie potrzebuję niańki.
– Rozmawialiśmy już o
tym. – Mężczyzna objął młodszego, ale ten wyrwał się ponownie. – On nie jest
twoją opiekunką. Wiesz, że potrzebujesz ochrony od ostatnich dni. Jest nagroda
za twoją głowę, a ja nie mam zamiaru ryzykować po tym, jak twój samochód
eksplodował na środku, pieprzonej ulicy w zeszłym tygodniu.
– Umiem o siebie
zadbać, Junxiang. Nie jestem bezradnym, małym dzieciakiem. Byłem z daleka od
tego wypadku i jestem cały, tak? – Lay nie wyglądał na szczęśliwego, ale nie
podniósł głosu. To jak przeciągał nisko samogłoski z południowym akcentem,
wydawało mi się dziwnie atrakcyjne.
Żaden z nas nie był
przygotowany na nagły strzał ręki Junxianga, który brutalnie złapał szczękę
młodszego, wbijając palce w jego szyję. Pełne wargi rozchyliły się w cichym
skamleniu z bólu, przy którym palce mojego szefa mocniej zaciskały się w
aksamitną skórę.
– Nie słuchałeś tego
co mówiłem do ciebie przez cały tydzień? Nie wiem jakie szczęście miałeś, że
udało ci się wyjść z tego bez żadnej skazy, odkąd Kim Joonmyun postanowił
puścić twój samochód z dymem, ale nie jesteś pieprzonym kotem, który ma
dziewięć, cholernych żyć, Lay – głos mężczyzny był niski, ostry. – Jeżeli
myślisz, że pozwolę małej, mściwej armii płatnych morderców Joonmyuna,
rozsadzić cię na małe kawałeczki, tylko dlatego, że ubzdurałeś sobie trochę
wolności... trochę za dużo wolności, pomyśl lepiej jeszcze raz.
Chłopak wydał z siebie
kolejny, bolesny jęk, gdzie Junxiang potrząsnął nim. Stałem niczym wryty,
napięty obserwując jak palce Laya zaciskają się na nadgarstku ręki, która
trzymała go za szyję.
– Bądź grzecznym
chłopcem i pozwól temu miłemu, młodemu człowiekowi towarzyszyć ci na mieście, a
wszyscy będziemy szczęśliwi. Rozumiemy się?
Junxiang uśmiechnął
się ponownie, ale tym razem widziałem sposób w jaki jego oczy były bezlitośnie
zimne i ostre. To sprawiło, że żołądek z nerwowo skręcił mi się. Natomiast
spojrzenie Laya płonęło przekorą, mimo że zaczynał robić się czerwony boleśnie
na twarzy od silnego uścisku kochanka.
W jednej chwili cała
wola walki spłynęła z niego. Opuścił ramiona i wzrok. Ręka Junxianga cofnęła
się, a młodszy chłopak stanął z powrotem na pełnych nogach łapiąc się pośpiesznie
za szyję. Nie spojrzał na żadnego z nas, zagryzał jedynie wargę, a na
jego nieskazitelnej skórze widniały czerwone ślady, które powstały na moich
oczach.
– Hej – głos szefa
złagodniał, kiedy delikatnie pogłaskał policzek Laya, ignorując to jak wzdrygnął
się. – Po prostu się o ciebie troszczę. To tylko na kilka tygodni, dobrze?
Jeżeli będziesz współpracował, szybko przez to przejdziemy.
Chłopak nie powiedział
nic, ale widziałem jak na ułamek sekundy lgnie do dotyku, po czym odsunął się.
Junxiang skinął głową, najwyraźniej usatysfakcjonowany, odwrócił się i podszedł
do mnie. Był spokojny, zrelaksowany. Poklepał mnie po ramieniu, gdy
przechodził, jednak w tym momencie poczułem, jak zimne uczucie pędzi do mojej
głowy. Obraz ostrego noża wyłaniającego się spod koszuli i tryskającej na
ziemię krwi stanął mi przed oczami. Moja ręka natychmiast poszła w górę łapiąc
starszego mężczyznę za nadgarstek, a szarpnięcie ciała w tył było czystym
instynktem. To wszystko wydarzyło się w ułamku sekundy, kiedy spojrzałem w
górę, ostrze noża w ręku Junxianga zadrasnęło zaledwie skórę na mojej dłoni.
Zmarszczyłem brwi. Biznesmen wydawał się dziwnie zadowolony uśmiechając się.
– Jesteś szybki.
Szybszy niż wszyscy inni, którzy przyszli zapytać o tę pracę, albo masz dość ostrą
intuicję – mężczyzna uśmiechnął się znacznie szerzej. Czułem jak moje serce
wali w piersi, gdy wyrywał swoją rękę z mojego uścisku. Przesunął palcami po
rękojeści noża niemal z czułością. Musiał go chować gdzieś w rękawie koszuli. –
Zaczynasz od jutra, Kris – poklepał mnie po ramieniu.
Test. Mój oddech
drżał. Letnie słońce grzało mnie w plecy, ale czułem się zmarznięty. Jeżeli nie
zadziałałbym wystarczająco szybko, nóż wbiłby się w mój nadgarstek.
Gdy w końcu uniosłem
wzrok, ujrzałem Laya, patrzącego na mnie oczyma ciemnymi i błagającymi.
*
– He Jun Xiang,
dowódca zagranicznych statków, międzynarodowy, największy handlarz bronią
Chińskiej Republice Ludowej. Siedziba w Sanyau przy jednym z największych
portów. Gruba ryba w handlu bronią w rejonie Pacyfiku. W ciągu ostatnich dwóch
dekad, jego flota przewiozła miliony ton ładunku: AK-47s, karabiny snajperskie,
amunicja, moździerze, rakiety, granaty, C-4, plastikowe materiały wybuchowe.
Czegokolwiek zapragnie, dostanie. Sprzedaje w wielu przepadkach obu stronom
konfliktów, na czym zbił fortunę. Nie ma klienta, z którym nie miał do
czynienia. He Jun Xiang maczał palce w wielu konfliktach politycznych, mimo że
do żadnej partii nie należy.
Ekran wyrzucał całe
nakłady fotografii biznesmena, który ściskał dłonie różnym politykom z całej
Azji i rejonu Pacyfiku. Mężczyzna był wysoki i szczupły, olśniewał postawą,
jakby unosił się nad innymi. Przypominał mi panterę, zwinną i niebezpieczną,
zawsze ubrany w modny garnitur, włosy zaczesane do tyłu. Zawsze uśmiechnięty,
mimo że emocje nie dosięgały oczu. Nawet na rozmazanych pikselach obrazka z
jego tęczówek bił zimny blask, który sprawiał, że dreszcze wędrowały wzdłuż
mojego kręgosłupa.
– Skoro wykonuje takie
operacje od dwóch dekad, to dlaczego nie został jeszcze złapany?
Niebieskie światło
projektora przeszywało twarz Luhana, nie zostawiał mi żadnej wskazówki o
uczuciach jakimi darzył człowieka, na temat którego rozmawiamy. Jego głos był
spokojny, delikatny, jakbyśmy przyglądali się profilowi wiejskiego nauczyciela.
– Technicznie nie ma w
prawie słowa, o zakazie handlu bronią pomiędzy Chinami i innymi krajami. Jest
szara strefa, jednak ciężko złapać przez to dilerów. He Jun Xiang jest także
wspierany przez wielu znaczących polityków, nawet przez wysoko ustawionych przedstawicieli
rządu. Jego biznes jest ważny dla wielu osób – Luhan zatrzymał się na jednym
zdjęciu i zarówno ja jak i Minseok wciągnęliśmy gwałtownie powietrze.
Rozpoznaliśmy mężczyznę, z którym Junxiang był na zdjęciu – obecny szef
Ministerstwa Obrony. – Jego działalność dopiero od niedawna wzbudza niepokój,
odkąd ruszyły plotki. Podobno chce sprzedać krajowy system technologii
zbrojeniowej do... klienta, który może stać się zagrożeniem dla kraju. Na razie
nie mamy na to wyraźnych dowodów, ale ufamy naszym źródłom. To punkt, w którym
wkraczasz ty.
– Jesteś pewny? –
przerwał niepewnie Minseok krzywiąc się. Rzucił w moim kierunku szybkie,
nerwowe spojrzenie zanim kontynuował. – Wufan jest naszym najlepszym agentem
terenowym w NIS, on prawie nic nie wie o tej sprawie...
– Nie martw się,
dostanie wszelkie informacje – Luhan podszedł w moim kierunku.
Zmrużyłem oczy, czując
jak jego dłoń spoczywa na mojej. Nagły chłód przebrnął po mojej skórze i…
Błysk... Długi, jasny korytarz otwarł się w moim umyśle, jasne
światło, jakby wyciągano ze mnie duszę... Błysk…
Bezsenna noc spędzona
nad systemem monitorującym, dziesiątkami komputerów migoczących przede mną,
numery, słowa, obrazy oraz rytmiczny, zielony kod. Moje oczy płonęły z
wyczerpania lub żalu, nie jestem do końca pewny. Świat był strasznie cichy.
Jedyne co słyszałem to chrapliwy oddech.
Błysk... Twarz He Jun Xianga. Bystre oczy, uprzejmy uśmiech. Błysk...
Moja ręka drgnęła,
więc szybko ją szarpnąłem. Serce dudniło szaleńczo w mojej piersi. Skórę na
grzbiecie dłoni ogarnął chłód. Luhan wyszedł.
*
Lay mówił w miejscowym
dialekcie Sanyau, zaciągając słowa szorstko, obco. Ubrany był w jasną,
fioletową bluzkę i obcisłe, bordowe spodnie. Wyglądał znacznie bardziej
codziennie, niż podczas naszego pierwszego spotkania, gdy wylegiwał się pół
nagi przy basenie. W mojej głowie trwała ciągła projekcja wszystkich zdjęć Laya
będącego w towarzystwie Junxianga. Na ekranie przesuwały się setki fotografii,
a moja uwaga skupiała się na śnieżnobiałej skórze i pełnych, różanych wargach.
Był ubrany w głęboką czerń niemal zawsze. Ten kolor podkreślał alabastrową,
piękną skórę, sprawiając, że wyglądał jak książę lodu z płonącego w słońcu
kraju. Dzisiejszego dnia dowiedziałem się, że czarny nie jest jego ulubionym
kolorem. To było tylko spełnianiem zachcianki jego kochanka, który uwielbiał go
tak kontrastującego.
Lay zawsze siedział
cicho na tylnym siedzeniu czarnego, eleganckiego BMW, które wybrał z
niewielkiej kolekcji Junxianga. Dyskomfort bił z jego postawy, z napiętych
ramiona. Czasami łapaliśmy nasze spojrzenia w wstecznym lusterku. Czasami
wiercił mi dziurę w głowie tak mocno, że nawet upał nie mógł w taki sposób
rozpraszać. Woziłem go po mieście: na siłownię, do banku, klubu EXO –
położonego przy największej plaży na wyspie Hainan. Junxiang był
właścicielem tego największego w mieście klubu nocnego, który powierzył swojemu
kochankowi.
– Potrzebujesz nowej
fryzury. Wyglądasz błaho z takimi włosami – powiedział z tylnego siedzenia, gdy
nasze oczy spotkały się w odbiciu lusterka. – Chodźmy dzisiaj na plażę,
Pekiński chłopaczku.
Chłopak zaciągnął mnie
do małych stoisk i ekskluzywnych restauracji na głównej plaży, gdzie dosłownie
pochłonęliśmy owoce morza, słodkie ciasta, czy przepyszną zupę rybną. Hainan
było jedną z najchętniej odwiedzanych wysp w Chinach ze względu na
nieskazitelnie czystą wodę. Często nazywana jest także chińskimi Karaibami.
Ludzie rozkładali się na leżakach, pływali w oceanie i popijali zimne piwo.
Lay przykładał do
policzków kufel, zamiast pić jego zawartość. Moje oczy dostrzegły jak kropelka
potu spływała po idealnie zarysowanej szyi. Powietrze było dusząco gorące,
słone i ciężkie. Przesunąłem dłonią po opadających włosach zgarniając je w tył,
a Lay uśmiechnął się dziwnie rozbawiony.
– Dobrze tak
wyglądasz. Teraz przydałoby się trochę ekspresji na twoją kamienną twarz.
Parsknąłem śmiechem,
patrząc z zakłopotaniem w ziemię.
– To nie tak, że
Junxianga naprawdę obchodzi, czy żyję czy nie, wiesz? – Lay roześmiał się po
czwartym piwie. Wracaliśmy właśnie samochodem do apartamentu, a chłopak
siedział niedbale na siedzeniu tuż obok. – Naprawdę mnie to nie obchodzi. To po
prostu dla niego zasada. To była niekompetencja i takie rzeczy się dzieją.
Biznes to biznes, ale czasami jest to jak jakieś cholerne pole bitwy. Kochanek
Kim Jongina, był tylko pechowym gnojkiem w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym
czasie. Więc teraz jest spora sumka za moja głowę. – Chłopak pociągnął łyk
piwa. Jabłko Adama kołysało się, gdy połykał, a usta ciasno owijał wokół szyjki
butelki. Wszystkie okna w samochodzie były uchylone, aby chłodne, wieczorne
powietrze muskało nasze policzki. – Junxiang nie pozwoliłby mi umrzeć, ponieważ
nie chce stracić swojego białego króla. Jestem po prostu naprawdę strategicznym
pionkiem.
*
Kolejny zamach na Laya
nadszedł o wiele wcześniej niż się spodziewałem.
Pamiętam patrzącego na
nas w odbiciu lustra windy nastoletniego bruneta, z migoczącymi, szczenięcymi
oczami. Nie spodziewałem się, że osoba z taką twarzą może pozbawić człowieka
tchu. Dostrzegłem jak przez mgłę błysk noża, a krew nagle zmieniła się w lód.
Odnalazłem powoli nadgarstek Laya i starałem się go szarpnąć, aby znalazł się
za mną. Moje ruchy były wolne, tak samo jak oczy śledzące dwójkę ludzi
stojących przed nami. Widziałem jak Lay unosi brwi, ale nie było czasu na
wyjaśnienia.
Winda zatrzymała się w
tym samym czasie, gdy wysiadł prąd, a przestrzeń wokół nas pogrążyła się w
ciemności. Nagłe szarpnięcie rzuciło nas w tył. Natychmiast pociągnąłem Laya za
rękę, pchając mężczyznę za nim. Ledwo słyszałem jego głos poprzez chaos, kiedy
coś ciężkiego na mnie spadło.
Zduszony bulgot. Klnąc
w myślach zrzuciłem z siebie ciężkie, martwe ciało. Moje opuszki stały się
wilgotne i ciepłe, to wystarczyło abym wiedział, bez patrzenia, że jest to
wysoki, tęgi mężczyzna, który musiał utknąć pomiędzy mną a mordercą. Miał teraz
poderżnięte gardło, jego krew zalewała podłogę windy. Czułem jak zbliża się w
moi kierunku ostrze jeszcze zanim to się wydarzyło. Dzięki czystemu szczęściu
odsunąłem się na tyle szybko, że zdołałem uniknąć ataku.
Dzieciak był szalenie
szybki. Poza tym i tak odbiegał od normalnego nastolatka. Mimo usilnej obrony,
starałem się trzymać z daleka od ataków przeciwnika. Uderzyłem, czując jak moja
pięść ląduje mocno w czymś miękkim, a po chwili chłopak zatrzymał się.
Wykorzystałem sytuację i złapałem go odwracając w stalowym uścisku plecami do
siebie, trzymając jego rękę. Usłyszałem brzęk upadającego na podłogę noża. Nie
spodziewałem się jednak, że w tej samej chwili, nie wiedzieć skąd, kolejne
ostrze pojawi się i gładko przejdzie przez materiał mojej koszuli i skórę.
Ledwo poczułem ból, a krew spłynęła mi wzdłuż ręki. Zasyczałem, moje chwilowe
zdekoncentrowanie zostało wykorzystane. Chłopak ostro cofnął nas i uderzyłem
głową o lustro z głośnym trzaskiem.
Obraz przede mną
eksplodował bielą, chwiałem się na nogach i powoli opadałem na kolana. Ból
wybuchł z tyłu mojej głowy, mrowienie w ręce pogarszało sytuację. Szybko
chwyciłem za kawałek rozbitego szkła. Czułem jak przeciwnik zbliża się.
Czerwone Converse'y, ciemne dżinsy znalazły się przede mną. Ostrze pruło w dół
jeszcze zanim je ujrzałem.
Nagle wszystko
zniknęło. Z cichym okrzykiem zdziwienia zauważyłem, że jego obecność zniknęła.
Szybka i intensywna walka za mną wybuchła tak samo szybko, jak się zakończyła.
Nagłe, głośne przekleństwa, krzyki po koreańsku, szczękanie nad naszymi
głowami. Zanim zorientowałem się co się dzieje winda zadrżała, zasilanie
wróciło i zaczęliśmy jechać w dół. Nadal mój obraz zachodził białymi plamami,
kiedy światło zabłysnęło zostałem porażony widokiem martwego ciała. Wokół szyi
mężczyzny była spora plama krwi. Lay klęczał po drugiej strony niewielkiego
pomieszczenia mając prawą ręką pokrytą w czerwieni. Brązowowłosy Koreańczyk
zdołał uciec przez dziurę w suficie.
– To nie moja krew –
powiedział Lay, patrząc na mnie ciemnymi, przenikliwymi oczami, gdy dotknąłem
jego ramienia.
Nie byłem w stanie nic
zobaczyć przez wszechogarniającą ciemność windy, w której utknęliśmy. Jednak
nie byłem na tyle głupi, aby uwierzyć, że to wyłącznie łut szczęścia, kiedy Lay
zatopił nóż w wnętrznościach słodkiego, nastoletniego, koreańskiego chłopaka.
Nie był on nawet tym za kogo go brałem, lecz seryjnym zabójcą z Seulu.
Czułem ciepłą, lepką
krew pod swoimi palcami. Nagły przypływ emocji sprawił, że zapłonąłem ciepłem.
Dotykając Laya poczułem się jakbym wrócił do domu. Deja vous zaciągnęło moją
świadomość do jesiennego dnia, jeszcze gdy byłem w liceum.
*
Kiedy miałem
szesnaście lat poznałem chłopaka na dachu swojego liceum. Zawsze uważałem to za
nieco banalne i oklepane, ale tak naprawdę śledziłem go prawie całymi dniami.
Nawet nie byliśmy w tej samej klasie i widywałem go jedynie przez ułamek
sekundy na każdej przerwie, jednak było coś pociągającego w tym chłopaku. Coś
znajomego. Coś niepokojącego.
Miał na imię Yixing.
Blada skóra, pełne usta, niewiarygodnie smukłe nogi, wesołe oczy
zmieniały się podczas uśmiechu w dwa półksiężyce, gdy obaj zalewaliśmy się
śmiechem opowiadając głupie żarty. Może troszkę się w nim zakochałem. Może
całowałem się z nim po raz pierwszy na dachu. Nie mogłem nic zrobić z
przywiązaniem do tego chłopaka, ponieważ Yixing wydawał się być zupełnie pusty
pod moim dotykiem.
Dorastając zawsze
byłem otaczany przez hałasy warujące w mojej głowie. Myśli, emocje, obrazy,
wrażenia. Sprawy, które nie miały szans na poznanie, ponieważ należały one do
ludzi wokół mnie. Oduczyłem się mówić tego, czego nie powinienem wiedzieć w
wieku dziesięciu lat. Rodzice wariowali z początku, jednak gdy postanowiłem
milczeć, zakładali że moja niesamowita „intuicja" odeszła, a nasze życie
rodzinne wróciło do normy. Nauczyłem się ignorować hałasy z otoczenia, unikałem
tłumów i fizycznego kontaktu. Dopóki nie poznałem Yixinga, osoby, która nie
wywoływała we mnie nic, gdy go dotknąłem po raz pierwszy. Początkowo byłem wystraszony.
Nagle nie mogłem odczytać jego osoby. To było porywające. Nie mogłem przestać
go dotykać, przesuwałem palcami wokół jego nadgarstków, głaskałem go po
plecach, szyi, pełnych wargach. Poznawałem zmysł dotyku na nowo. Zawsze obrazy
i hałasy fałszowały wrażenie, jakie powinienem doznawać.
Yixing śmiał się, ale
nauczył mnie osłaniać umysł. Nie był jak ja, ale wiedział jak zablokować hałas
wewnątrz mojej głowy. Całował mnie. Dotyk jego palców na mojej twarzy był
gorący i nieznośnie bolesny. Dzięki temu nauczyłem się... krok po kroku.
Przeprowadził się rok
później i nigdy więcej się nie spotkaliśmy. Okropnie szczera, głupia,
nastoletnia miłość.
Około dziesięć lat
później, zacząłem zastanawiać się, czy aby na pewno nie uroiłem sobie tego.
Biłem rekordy w przeszukiwaniu najdokładniejszej i najobszerniejszej publicznej
bazy danych, opracowanej i przechowywanej przez najpotężniejszą w kraju agencję
podziemnego wywiadu. Nie było w ewidencji szkół Zhang Yixinga. Przynajmniej nie
tego, którego szukałem. Próbowałem każdej wyszukiwarki, każdego tropu, każdego
szczegółu jaki pamiętałem na jego temat. Adres. Imię siostry. Nic. Nie było
żadnego Zhanga Yixinga w Liceum Beijing Sizhong, na moim roczniku. Komputer
mówił wyraźnie, że taka osoba nie istnieje. Każdy ślad o nim został wymazany.
Nie znałem zbytnio
ludzi w Sanyau, w biurze NSS. Przeniosłem się z pekińskiej siedziby, ale
bystre, stanowcze oczy Huang Zitao i jego dystans do polityki „czuj się jak u
siebie w domu" nie pozostawiało mi wyboru, mimo ogromnego zaufania jakim
go darzyłem. Jest on najbardziej przebiegłym hakerem w Chińskiej Republice
Ludowej.
– Wnoszę, że Luhan nie
musi o tym wiedzieć. – Zitao uśmiechnął się.
– Ma na imię Zhang
Yixing. Chcę wiedzieć, czy jest o nim cokolwiek w bazie danych wydziały.
– Wiesz, że używamy
jej tylko do zdobycia informacji na temat sprawy, prawda?
– Tylko jedno, szybkie
zerknięcie. – Wciągnąłem na usta jeden ze swoich najpiękniejszych uśmiechów i
obietnicę kolacji w drogiej restauracji. To działało na większość ludzi w
starym biurze NIS, wliczając w to moją główną ofiarę, czyli szefa Huang Zitao.
Nagle mi go zaczęło brakować.
Zitao zacisnął usta,
ale wiedziałem, że wygrałem wojnę.
Następnym razem, gdy
się spotkaliśmy zapraszał mnie na kawę. Sądząc po ciasnym uśmiechu i twardym
spojrzeniu, nie wyglądało to jakby miało być to spotkanie towarzyskie.
*
Luhan sprawiał, że
czułem się nieswojo. Było coś w tym małym mężczyźnie, co gwałtownie schładzało
moją krew od pierwszego dnia, gdy przyjechał odebrać mnie z siedziby NIS w
Pekinu. Blada skóra, twarz dziecka, duże, ciemne oczy śledzące każdy ruch,
dłonie ułożone na kolanach, gdy siedział. Zawsze ubrany w modny garnitur, blond
włosy ułożone nienagannie. Wyglądał nazbyt młodo... Czułem, że jest zbyt
kontrolujący, zbyt zamknięty. Agent Luhan z NSS, prowadził śledztwo w sprawie
He Jun Xianga. Minseok wypluwał z siebie wprowadzenie z rażącym niesmakiem.
Jeżeli chiński
Natiolan Intelligence Service (w skrócie NIS) zajmowała się ukrywaniem brudów
politycznych walk i narodowego wstydu, NSS było tymi brudami. Skrót od Natiolna
Security Service. Zajmowali się oni tajnymi operacjami, misjami chroniącymi
kraj za wszelką cenę. Zawsze towarzyszyły temu pogłoski o zabójstwach,
porwaniach, jednak istnienie NSS było ściśle nieoficjalnym i kompletnym mitem,
aż do skandalu sześć lat temu. Organizacja została zmuszona do połowicznego
ujawnienia się, wyłącznie do najważniejszych organów rządowych.
NSS nadal trzyma się
we własnym gronie, większość agentów to kompletna tajemnica. Mity budowane
wokół organizacji w większości dotyczą okrucieństwa i bezwzględności członków,
lekceważenia wszelkich kodeksów, a przede wszystkim – bezkarności.
To nie tak, że zawsze
wyobrażałem sobie ich jako psychicznych morderców, ale coś podobnego. Czasami
gdy patrzyłem na małe dłonie Luhana było mi daleko od wyobrażeń, jak zaciska je
wokół mojej szyi.
Sześć lat temu, NSS
wypróbowało tajną operację, dzięki której chcieli dostać się do i rozbić
organizację He Jun Xianga. Doprowadziła ona do największej pomyłki w historii
agencji. Zginęli wykwalifikowani działacze i zmuszono NSS do poważnych zmian w
polityce – część agentów została na wpół ujawniona oraz firma zobowiązała się
do współpracy z innymi organami rządowymi. Słyszałem wszelkie plotki na temat
katastrofy, która naraziła NSS. To była misja, o której każdy wiedział, mimo że
nikt nie zdawał sobie sprawy co ma na celu i na czym polega. Wszystko co
kiedykolwiek mieli, to plotki i spekulacje.
Nieoficjalna historia
była przykrywką tajnego agenta i została naruszona przez spierdolenie głównej
sprawy. Został on zamordowany własnoręcznie przez He Jun Xianga.
– To był błąd, którego
nie zamierzamy tym razem powtórzyć – powiedział Luhan.
Wtedy pierwszy raz
widziałem, jak spokojna i lodowata twarz pęka. Słabo zamigotały emocje, jednak
uderzyły mnie wskroś. Było w tym coś... druzgoczącego. Minseok wyjawił mi, że
tajny agent nigdy nie zmarł, lecz zamienił się w jednego z łotrów pracujących
dla Junxianga. To była ta pomyłka, która stała się skandalem, a NSS starała się
ją zatuszować śmiercią agenta. Luhan nigdy nie powiedział, dlaczego akurat mnie
wybrano z całego NIS, do wznowieniu po sześciu latach tajnej operacji
unicestwienia Junxianga.
*
– Znalazłem Zhang
Yixinga. To może być ten o którym mówiłeś – Zitao powiedział, gdy piliśmy kawę
w całodobowej kawiarence niedaleko naszego biura w Sanyau.
W późnych godzinach
nocnych nie było tu ruchu. Zaledwie my dwaj sączyliśmy mocne latte. Starałem
się żartować, jednak Zitao ledwo zdołał się pokusić na drobny uśmiech.
Zaniepokoiłem się, gdy nagle skulił się w sobie wodząc co chwila oczami na
boki, jakby się rozglądał, sprawdzał czy nikt nas nie podsłuchuje.
– Zhang Yixing,
oznaczony jako „martwy" od sześciu lat.
Gwałtownie
zachłysnąłem się powietrzem.
– Znalazłem go
powiązanego z sprawą He Jun Xianga. – Obniżył głos. – Nie obecną, lecz tą
sprzed sześciu lat, tą o której wszyscy mówili. Jesteś pewny, że to jest coś do
czego powinieneś mnie namawiać bez zgody Luhana? Skąd ty w ogóle go znasz?
Udało mi się go wygrzebać tylko dlatego, że podałeś mi jego pełne imię i
nazwisko. Nie było żadnego widocznego linku do jego profilu z głównego folderu.
Wiesz co oznacza, jeżeli kogoś publiczny rejestr jest wyczyszczony, prawda?
Oczywiście, że
wiedziałem co to oznacza, ponieważ to samo przydarzyło się mi. Profil należy do
tajnego agenta. Nowe życie zostało wprowadzone, stare skasowane. Jakaś część
mnie się tego spodziewała, ale i tak prawda była oszałamiająca.
– Jest problem... Nie
mogłem otworzyć jego akt – dodał po chwili Jongdae wyraźnie zaniepokojony.
Zmarszczyłem brwi
mocniej obejmując kubek z kawą.
– Dlaczego nie?
– Nie wiem dlaczego,
ale wydaje się jakby był on na innej bazie danych. Plik był oznaczony jako
„tajne", ale normalnie nie mam problemów z otwarciem, jeżeli są one w
systemie NSS. Ten... odsyła gdzieś na zewnątrz. Do systemu, który jest o wiele
mocniej zaszyfrowany, niż nasz. Jest jeszcze jedna dziwna rzecz. Jest oznaczony
jako martwy, jednak status profilu nie został zdezaktywowany. Oczywiście, może
to być biurokratyczna pomyłka, ale nie wierzę w zbiegi okoliczności w NSS. Nie
śmiałem tego dotknąć, ponieważ nie mam pojęcia gdzie to prowadzi. Wiesz Wufan?
– Patrzył na mnie przenikliwie.
– Ja... Nie. Nie wiem.
– Pokręciłem słabo głową.
Jedyne co wiedziałem,
to to, że Zhang Yixing zdecydowanie nie był martwy.
*
Szybko zdałem sobie
sprawę z tego, że potrzebą Laya nie była ochrona. Przynajmniej nie taki rodzaj
jakiego oczekiwał Junxiang. Chłopak poruszał się z leniwą gracją pełną
beztroski i zaufania, ponieważ na to zarobił. Miał kręgosłup ze stali i
widziałem to w jego ruchach. To osoba niebezpieczna w własnym prawie.
Kiedy patrzyłem na
Laya nie widziałem Yixinga. Nie. Prawda jest taka, że widziałem Yixinga, który
wyrósł na Laya z silnym, zgrabnym ciałem i ospałym kaprysem na ustach. Jednak
niebezpieczna zmysłowość była daleka od pogodnego śmiechu, który pamiętałem
sprzed dziesięciu lat. Z metropolii Pekinu do zalanych słońcem plaż Sanyau.
Zastanawiam się, czy to możliwe. Wciąż pamiętam półnagie ciało Laya wyginające
się pod zaborczym dotykiem Junxianga. Jego ruchy były kpiąco wdzięczne i
uwodzicielskie. Nie mogłem wyobrazić sobie tego, aby Yixing zrobił coś
podobnego.
A jednak dotknięcie
Laya powodowało, że wracałem do domu, pełnego ciepła i intensywności naciskającej
na głowę. Dawno, dawno temu czułem tą nachalność, ale teraz nie wiem czy to nie
nostalgia sprawiała, że za nim tęskniłem.
*
Miałem zaledwie krótką
chwilę na zastanowienie się, czy nie jestem aby za stary na to, jednak gdy Lay
zaciągnął mnie na parkiet w EXO, w jedną sobotnią noc, z tymi bezwstydnymi
oczami, zarozumiałym uśmieszkiem na ustach nie sposób było nie podążać za nim.
Próbowałem się oprzeć ciepłym i natarczywym palcom na nadgarstku. To nie tak,
że mogłem udawać, że nie gapię się przez cały czas jak Lay opróżnia kieliszki w
pokoju VIP. To nie wystarczyło, abym dostał od niego w twarz, ale zdecydowanie
alkohol spowodował, że poruszał biodrami przy moich nieco wolniej, niż jeśli
miałby to być przypadkowy dotyk. Klub był przeładowany seksownymi,
młodymi ludźmi. Dudniący bas w piosenkach ułatwiał tłumowi zbliżyć nas do
siebie. Szorstka tkanina ocierała się o oświetlaną co chwilę, nagą skórę.
Nie za bardzo chciałem
patrzeć, jednak czasami moje oczy zahaczały na ślady na jego ciele – słaby
siniak dookoła jego nadgarstka, zaczerwienione punkty tuż za kołnierzykiem
koszuli. Są dni, kiedy schodzi po schodach, a jego usta wyglądają na bardziej
wydatne i zaczerwienione niż zwykle. Byłoby grzechem nie patrzeć, jednak
starałem się zatrzymać na tym – patrzę, nie dotykam tego nieosiągalnego księcia
lodu.
Jednak to był Lay,
który mnie dotykał, sprytnymi palcami zahaczył pasek moich dżinsów i głaskał
nagą skórę pod koszulą. W moim brzuchu wybuchło szaleństwo, a Lay uśmiechał się
tuż przy moim policzku owiewając swoim ciepłym oddechem moją twarz. Nacisk
tłumu był tak ogromny, że nie trwało to zbyt długi nim ktoś pchnął go w moim
kierunku. Nie zmarnował okazji na zbliżenie się do mnie, owinięcie ramiona
wokół mojej szyi, wplecenie palców w moje włosy i ściśniecie ich. Wciągnąłem
gwałtownie powietrze, czując jak wsuwa mi kolano między uda. Chwilę później
trzyma on kontrolę nad ruchem bioder poruszając nimi w przód i w przód tak
długo, aż otarł się o wybrzuszenie. Westchnąłem ciężko czując jak wystrzeliły
fajerwerki wzdłuż mojego kręgosłupa.
Nie powinienem tego
robić. Moje ręce odnalazły się na jego plecach, błądząc po nich, po szczupłych
udach, wbijając palce w jędrny tyłek opięty przez dżinsowe, obcisłe spodnie.
Zahaczyłem o jasną bokserkę odsłaniając lekko umięśniony brzuch. Wzdychałem
przy niekończącej się mlecznej skórze, gdy odchylał głowę abym mógł uruchomić
usta do wędrówki po jego szyi i obojczyku. Zapach rozpalonego ciała był mocny,
odurzający. Lay przytulił policzek do boku mojej szyi, skubiąc mnie wargami, po
chwili uniósł pijany wzrok, a ja odnalazłem w nim coś radosnego. Rozpalił w
dole mojego brzucha dziwny płomień i nie umiałem oprzeć się chętnemu ciału
jakie miałem w ramionach.
Wbijał zęby bardzo
delikatnie w moją szyję, wylewając mokre ślady językiem aż do mojego ucha.
Drgnąłem gwałtownie, a on westchnął najwyraźniej zadowolony z takiej reakcji.
Nie wiedziałem, że jestem aż tak wrażliwy. Było ciepło, wilgotno, nie pamiętam
kiedy ostatni raz podnieciłem się ocieraniem i napieraniem na drugie, zupełnie
ubrane ciało. Bas dudnił w nas, pchał każdy mięsień w przód. Pragnienie
wrzało, przytłaczało, paliło skórę i napierało wprost do mojej głowy. Nagle...
Otwarłem oczy, wyrwany z dotyku Laya. Zalała mnie fala nudności, gdy zdałem
sobie sprawę z tego co robi.
Zamigotały ciemne
tęczówki, nagły uśmiech na jego ustach nie był już tak radosny, lecz surowy,
zimny. Bardziej czułem wewnątrz głowy niż usłyszałem słowa opuszczające miękkie
usta. Słowa zagłuszone przez muzykę i hałaśliwy tłum.
– Wiem kim jesteś.
Nie było żadnej
łagodności w sposobie w jakim cisnął mną o ścianę prywatnej łazienki w pokoju
VIP. Podłoga słabo drżała pod nogami, ale było zdecydowanie ciszej. Nie było
nikogo w pobliżu, kto usłyszałby Laya decydującego się zastrzelić mnie z
pistoletu, który przyciskał do moich pleców. Metal był lodowaty, czułem to
nawet przez materiał koszuli. Jak to możliwe, że do niedawna niewinna, niska i
drobna osoba miała w sobie tyle siły i ostrości?
– Agent NIS Wu
Yifan. Jak myślisz, co tu robisz? – Jego głos był niski, musiałem zmuszać
własne ciało, aby zostało w bezruchu.
Lay wrócił do
bycia pozbawionym emocji. Wcześniejsze ciepło całkowicie zniknęło.
–
Rozpoznałeś kim jestem.
– Co, myślisz że
byłem aż tak
głupi?
– Nie. Rozpoznałeś
mnie. Przebrnąłeś drogę do mojej głowy, otwarłeś mój umysł, ponieważ to było
znajome, prawda? To ty. Yixing – mówiłem zdyszany przy zimnych płytkach.
Może i ciepło
odeszło, ale pobudzenie drżało nisko w moim wnętrzu. Zamknąłem oczy. Dociskany
pistolet powoli zmniejszał nacisk.
– To było dawno
temu. – Szorstki głos za mną stał się spokojniejszy. Nie mogłem powstrzymać
zdyszanego śmiechu.
– Było. Nie tak
wyobrażałem sobie spotkanie klasowe, ale wiem kim teraz jesteś. Zhang Yixing,
tajny agent NSS.
Znikły problemy z
oddychaniem tak samo jak pistolet. Jeszcze przez chwilę stałem w bezruchu, po
czym odwróciłem się. Lay nadal trzymał broń w ręce celując we mnie. To osoba,
która skręciłaby mi kark, jeżeli tylko by tego chciał.
– Twój rejestr
publiczny jest całkowicie wyczyszczony, profil w systemie NSS równie dobrze
może być niezauważalny i nie istniejący. Oznaczony jako „martwy", ale
twoje konto nigdy nie zostało zamknięte, ani zawieszone. Jest wciąż aktywne,
lecz zakopane głęboko, aby nikt nie mógł się do niego dostać. Nawet najlepszy
haker NSS nie mógł go otworzyć, ale to mi wystarczyło abym wiedział. – Mój głos
był lekki, jednak patrzyłem mu intensywnie w oczy z całą frustracją wywołaną
kłamstwami i fałszem jaki słyszałem od ostatnich kilku tygodni. – Utwierdziłeś
mnie w tym teraz. Jest jeden sposób na odnalezienie mojego profilu. Albo jesteś
genialnym hakerem na poziomie wyższym niż najlepszy informatyk kraju, albo masz
dostęp do bazy danych NSS. Tylko ty, nie He Jun Xiang, ponieważ jeszcze nie mam
kuli osadzonej w głowie.
Lay zaciskał usta
w wąską kreskę, trzymał pistolet w dłoni mierząc w cel niezachwianie.
– Sześć lat
temu... Agent w tej tajnej operacji nie zmarł – kontynuowałem. Plotki Minseoka
pulsowały w mojej głowie. – On nigdy nie umarł, ale także nie stał się jednym z
łajdaków tej bandy. To była przykrywka. Zgaduję: aby oszukać oczy i uszy
Junxianga w urzędzie. Ta misja sprzed sześciu lat... nadal trwa. Nie została
przerwana.
Pistolet nadal
mierzył we mnie, ciemny i groźny, ale gdy spojrzałem w oczy Laya, zobaczyłem to
– przebłysk emocji, jakby jego maska została zerwana. Nastąpiła długa cisza.
Opuścił ramiona i broń. Przez dłuższą chwilę patrzył na mnie, po czym odwrócił
się mówiąc:
– Wiesz co mówią.
Gdy nie możesz się wydostać, brnij w to głębiej.
W tej chwili Lay
wyglądał o wiele starzej i mizerniej niż kiedykolwiek wcześnie. Nie było tu
blasku. Zdałem sobie sprawę, że patrzę na Yixinga – tajnego agenta NSS, który
spędził ostatnie siedem lat swojego życia będąc kimś kogo nienawidzi,
balansując na granicy życia i śmierci każdego dnia u boku najgroźniejszego
handlarza bronią Azji Wschodniej. Widziałem to w jego zmęczonych oczach. Siedem
lat kłamstw i oszustw.
Nagle ujrzałem
pistolet, ponownie celujący we mnie. Zaskoczony zrobiłem krok w tył, widząc
minę Laya.
– Więc co tu
robisz, agencie Wu Yifan? Nikt nie powiedział mi, że wysyłają kolejnego, więc
zgaduje z twojej reakcji, że nie masz pojęcia w co się wpakowałeś.
– Naprawdę nie
wiem – powiedziałem czując się gwałtownie zagubiony i niepewny. Myślałem o tym
cały czas odkąd odkryłem tą informację. Każdy detal przetwarzałem na okrągło w
głowie. – Nie chcieli mi powiedzieć nic na temat tej operacji sprzed sześciu
lat. Zastanawiałem się nad tym co poszło nie tak. Zdałem sobie sprawę, że to
byłeś ty... Yixing. Ja tylko... Nie mogłem sobie wyobrazić, że mógłbyś...
Twarz Laya drgnęła
na dźwięk swojego imienia, jednak w następnej sekundzie jego usta wykrzywiły
się połowicznie w grymasie i uśmiechu.
– Co? Że mógłbym
przeprowadzić się do Sanyau i stać się trofeum, kochankiem, zabaweczką
międzynarodowego milionera i kryminalisty?
– Ja tylko...
Głośna eksplozja
wstrząsnęła budynkiem. Podłoga pod naszymi stopami zadrżała. Oboje potknęliśmy
się, upadłem w przód prosto na marmurowy zlew, o który uderzyłem. Spojrzałem
szybko na Laya, który wydawał się oszołomiony zanim wysiadł prąd, a pomieszczenie
pochłonęła ciemność. Urwało się natarczywe dudnienie basu dobiegające z klubu
piętro niżej. Ten ułamek sekundy pełen ciszy, dudnienia w serc został
rozerwany przez wrzaski i okrzyki z dołu.
*
Po rozsadzeniu
ścian przez speca od materiałów wybuchowych i zamachu niemożliwie nieuchwytnego
chińskiego zabójcy z mieczem, stwierdziłem, że nie mam szczęścia. Lay po
trzecim zamachu na swoje życie wyszedł znowu bez szwanku. Nie do
końca widziałem walkę w windzie tydzień temu, jednak podziwiałem jak utorował
drogę na tył rozpadającego się budynku u mojego boku. Jego ruchy były
precyzyjne, ostre, działał szybko i dokładnie, przez co wyglądał jakby kierował
się instynktem, czy posiadał trzecie oko. Mój „instynkt" miał większą
przewagę, ale wiedziałem, że przeszedł trening na tajnego agenta, było to po
nim widać. Empata projektywny na wysokim poziomie. Nie potrafił jednak wyczuć
ludzi w taki sposób jak ja.
Stanowiliśmy
perfekcyjny zespół. Krew buzowała w żyłach, gdy w końcu pchnąłem Laya w tylną
alejkę unikając kolejnego gradu odłamków tynku pędzącego z ciemności. Złapałem
gwałtownie drzwi, zanim zdążyły się zamknąć. Pchnąłem chłopaka do przodu. Nie
biegliśmy zbyt długo, ponieważ kolejna eksplozja obróciła budynek w gruz.
Ziemia zadrżała pod naszymi stopami i runąłem wraz z Layem na podłogę
przygniatając go swoim ciałem.
– Kurwa –
roześmiał się. Jego drżał od czystej adrenaliny. – Zapomniałem o tym, że wciąż
jest pościg za mną.
Lay pędził drogą
powrotną jak szalony. Ciepło kłębiło się pod moją skórą, gdy skręciliśmy w inną
drogę z daleka od domu. Zatrzymaliśmy się na plaży Hainan. Miejsce wydawało się
dziwnie martwe, cisza wisiała w powietrzu przerywana przez rytmiczny szum fal
oceanu. Silnik zgasł. Yixing odwrócił się w moim kierunku mając w oczach dziki
blask. Chwilę później przesiadł się na moje kolana i opuścił oparcie siedzenia.
Z jękiem uderzyłem głową o nagłówek, gdy znalazłem się w pozycji leżącej. Lay
na mnie, silne uda po obu stronach moich bokach, złączone usta i język głęboko
w mojej buzi.
To było mokre,
niechlujne, usta Laya tuż przy moich, pozwalając mi na połykanie jego cichych,
zdyszanych dźwięków. Nasze języki splatały się, nie mogłem powstrzymać chęci
zaciśnięcia zębów na pulchnej, dolnej wardze, niemal umierając od
uzależniającego smaku. Mózg podsuwał mi obrazy z naszych pocałunków na dachu
liceum, gdy mieliśmy szesnaście lat. Niepewne i słodkie z znikomą ilością tej
namiętności. Spędzaliśmy całe popołudnia na obściskiwaniu się. Tylko całowanie
i pieszczenie, do czasu jak oboje musieliśmy wrócić do domów z czerwonymi,
spuchniętymi ustami.
Nacisk zwinnego,
umięśnionego ciała nabrał zaskakującej zmysłowości. Nie chciałem się do tego
przyznawać, jednak wciąż miałem ciasno, odkąd Lay ocierał się o mnie w klubie.
Adrenalina walki tylko podsycała ogień krwi, skóra pachniała potem i
pozostałością prochu. Lay mógł chcieć wymusić we mnie początkowo
pożądanie, aby zwrócić uwagę na rzecz zasadniczą, teraz jednak wiedział czego
chce – naszych nagich, rozpalonych ciał przylegających do siebie ciasno.
Zdjąłem z niego
ciasny podkoszulek. Chłopak roześmiał się unosząc, tylko po to, by zacząć
ocierać się o mnie. Wędrowałem dłońmi po jego nagich plecach. Miał tak miękką
skórę. Lay walczył z rozpięciem swoich jeansów w zamkniętej przestrzeni. W tym
procesie kopnął drzwi, po czym pomogłem mu zdjąć dolną część garderoby z tych
nieskończenie długich nóg wraz z bielizną. Moim oczom ukazały się seksowne uda
i kształtny, jędrny tyłek. Spojrzał na mnie wyzywająco. Zajęło mi kilka minut,
zanim zabrałem się za mlecznobiałe ciało wijące się nade mną.
Chłopak był na
skraju cierpliwości, rozbierał mnie niedbale, prędko, chcąc jak najszybciej
dobrać się do mojego penisa, a gdy to zrobił, poczułem jak zaczął ocierać nasze
męskości o siebie. Był twardy i niesamowicie seksowny.
– Jesteś tego
pewien? – wydyszałem.
Zwinne palce
przesuwały po główce naszych penisów, które wyginały się ku sobie w bezradnej
przyjemności. Lay odpowiedział pchnięciem bioder po raz kolejny, ocierając się
mocniej, zagryzł zęby na mojej dolnej wardze, zasysając ją do swoich ust.
Wbijając paznokcie w jego ramiona rozpocząłem wędrówkę w dół. Ledwo pamiętałem,
że nie mogę zostawić śladów. He Jun Xiang nabiłby moją głowę na pal, gdyby
wiedział co chciałem zrobić z jego cennym kochankiem.
Lay sięgnął do
schowka, szarpnięciem otwarł go wyłaniając małą buteleczkę lubrykantu, po czym
rzucił ją na siedzenie obok. Ile razy Junxiang musiał pieprzyć go w tym
samochodzie? Zaczęło się we mnie gotować, paskudne poczucie zaborczości
wrzeszczało: „Miałem go pierwszy!". Na
długo przed He Jun Xiangem. Na długo przed tym całym biznesowym gównem NSS.
Lay z siebie ciche
westchnienie, kiedy pierwszy palec wsunąłem w niego, mokry i gładki od żelu.
Poruszałem nim w przód i tył, czując jak ciepło zasysa mnie. Skóra jego tyłka
była jedwabiście miękka. Nie czekając zaczął lekko kołysać biodrami. Z
lekko rozchylonymi ustami patrzył na mnie. Jego tęczówki były ciemne i
pełne palącego pożądania. Nadal pieścił nas obu: ciągnąc w górę mocno i
powoli. Musiałem zamknąć oczy, gdy palce Laya zacisnęły się ciaśniej u nasady
naszych penisów, w momencie wsuwania trzeciego palca w jego wnętrze. Mógłbym
robić to wiecznie tylko w taki sposób, wyciągając słodkie westchnienia i
cichutkie jęki, lecz on już odsuwał się składając na moich ustach krótki pocałunek.
Zanim zrobiłem cokolwiek więcej usiadł na mnie jednym, powolnym, płynnym
ruchem. Przyjemność sprawiała, że kręciło mi się w głowie. Dyszał głośno przy
mojej szczęce, palce zaciskając na włosach. Pozwalałem mu na poruszanie się w
górę i dół według własnego widzi mi się.
Lay złapał mnie
ręką za podbródek szarpiąc moją głowę w górę, a następnie złączył nasze czoła,
pozwalając, aby gorące oddechy mieszały się ze sobą.
– Hej... Wiesz, że
to nie tylko ja doprowadziłem do tego, prawda? To znaczy, wiesz, że nie
jestem...
Wychyliłem się do
pocałunku, do jego pulchnych, słodkich, zaczerwienionych warg.
– Wiem. – To była
nasza wina. Zdesperowani do siebie, minął długi czas, odkąd się ostatnio
widzieliśmy. – Po prostu daj temu teraz spokój, Yixing.
Westchnął przy
moich ustach. Ciepło wstrząsało moim ciałem, spychając myśli na bok, przejmując
kontrolę nad zmysłami. Nic, poza czystą, rozchodzącą się przyjemnością.
Żarliwie poruszał biodrami w górę i dół. Uderzenia jego tyłka o moje uda były
za głośne i zbyt nieprzyzwoite jak na cichą noc.
Nagle uświadomiłem
sobie, że ktoś może nas zobaczyć będąc na spacerze. To jak ujeżdża mnie z
szeroko rozłożonymi nogami po obu stronach moich bioder. Jego ciało lśniło od
potu w świetle księżyca. Nikt o tej porze nie wysuwa nosa z domu, ale widziałem
w wyobraźni naszą dwójkę spleconą ze sobą w wszechogarniającej rozkoszy.
Mój mózg tonął w
ogniu, a kiedy jęknąłem głośno i zacisnąłem mocniej palce na jego
rozczochranych włosach, przyjemność nasiliła się dwa razy bardziej, spychając
nas z przepaści w otchłań ekstazy.
Zaledwie po kilku
sekundach, bezwiednie opadł w moje ramiona. Zamykając oczy czułem się
bezpiecznie, komfortowo.
*
To było
niemożliwe, aby trzymać się z daleka od Laya, gdy już posmakowałem go raz.
Jeździliśmy do
najdalej położonych miejsc na południu miasta, tylko po to, by pozwolił mi się
pieprzyć na tylnych siedzeniach. Czasami robiliśmy to w domu, jednak bardzo
cicho i pośpiesznie, ponieważ w każdej chwili mogliśmy zostać przyłapani na
gorącym uczynku. Miałem go pochylonego nad biurkiem, zlewem, w fotelu i przed
lustrem zanim skończył się tydzień. Stawałem się coraz lepszy w byciu
ostrożnym, aby nigdy nie zostawić po sobie choćby śladu. Bywały chwile, kiedy
podczas naszych zbliżeń górował spokój, delikatność, wolne tempo. Ściskał moje
włosy w garści z frustracją, gdy czuł jak ciąży mu stłumione podniecenie.
Mogłem prześledzić ciąg mocno czerwonych śladów zostawionych przez Junxianga na
ciele Laya, całując każdy z osobna, jakby to miało sprawić, że zmienią się w
moje.
Czasem lubiłem,
kiedy Lay dochodził mając czerwone, spuchnięte od pocałunków usta. Nie dając
sobie chwili wytchnienia znajdował się między moimi udami, biorąc mojego penisa
do buzi jednym, płynnym ruchem. Doprowadzał mnie do szaleństwa, ale uwielbiałem
to, ponieważ bez późniejszych konsekwencji, mogłem otwarcie pieprzyć go w usta.
Zdarza się, że
chciałbym wierzyć, że Junxiang nigdy nie będzie wstanie doprowadzić do takiego
stanu. Jego ciało staje się rozpalone, giętkie, rozpaczliwie wygina się do
mojego dotyku, powieki drżą mu od zawrotnej przyjemności. Żadnych gierek,
żadnych pretensji, tylko dłonie gładzące jego uda i ściskające pośladki, kiedy
z czcią przyciskałem usta do każdego centymetra jego ciała, do którego
sięgałem. Chciałem wierzyć, że Junxiang nigdy nie był taki, nie pieprzył tego
słodko-ostrego chłopaka doprowadzając go do bezgłośnych westchnień i bezradnych
dreszczy. Nie było potrzeby, aby zaznaczał swój teren bezsensownymi siniakami.
Lay nadal rozpadał się w moich ramionach, całując mnie do utraty zmysłów z
nogami owiniętymi ciasno wokół moich bioder.
Łatwo było
dostrzec jak wolno zrzuca z siebie imię „Lay", kiedy jest ze mną. Yixing
był nieco spokojniejszy, nieco bardziej powściągliwy i wycofany niż zmysłowy,
ubrany w głęboką czerń Lay. Yixing uśmiechał się w sposób jaki zapamiętałem.
– Naprawdę nie
rozpoznałem cię w pierwszej chwili – powiedział, kiedy przesuwał palcami po
moich umięśnionych ramionach.
– Miło wiedzieć –
wymruczałem.
– Nie jesteś już
chudym, nastoletnim dzieciakiem marudzącym mi, jacy to nauczyciele są niedobrzy.
Potargał mi włosy,
na co od razu chwyciłem jego nadgarstek i ściągnąłem rękę w dół. Nagle moje
oczy dostrzegły lekkiego siniaka na jego ramieniu. Uwolniłem jego dłoń,
Lay powiódł za moim spojrzeniem i westchnął, zdając sobie sprawę na co
patrzyłem.
– Wiem, co
myślisz, ale on mnie nie krzywdzi, Kris. Przynajmniej nie wtedy, gdy tego nie
chcę.
Ciężko było mi się
nie skrzywić.
– Dlaczego?
– Pozwolenie
Junxiangowi na pieprzenie mnie jest najprostszą częścią. To zakochanie się jest
wyzwaniem.
Lay uśmiechnął
się, przyciągnął z powrotem moją dłoń na swoje ciało, pozwalając na gładzenie
skóry na nagim brzuchu. Zatrzymałem palce, czując wybrzuszenie. Blizna. Okrągła
i mała, dokładnie takiego rozmiaru, jaki ma pocisk. Chłopak spiął mięśnie, lecz
nie odsunął się i...
Błysk... Gorąca krew sączyła się między jego palcami, spływała i
tworzyła kałużę pod ciałem. Podłoga była twarda, szorstka, zimno od niej bijące
przedzierało się przez ubrania prosto do skóry, do rdzenia każdej kości. Jego
usta wydały z siebie bezdźwięczny, bolesny jęk tuż przy ostrym podłożu, ramiona
drżały... Błysk...He Jun Xiang spuścił
swoje ostre, znudzone spojrzenie na niego. Był pistolet w jego ustach, połykał
ciepło z lufy kontrastujące z chłodem metalu. Jego pełne wargi ciasno
obejmowały ulubiony rewolwer mężczyzny. Błyszczący, z gładkimi, pełnymi gracji
liniami. Ciężko mu było nie wypchnąć lufy z ust językiem. Pistolet wsunął się
głębiej, prawie dusząc go... Błysk... Uniósł
swoją przesiąkniętą krwią rękę, chwiejnie, lecz z determinacją, złapał
nadgarstek mężczyzny. Jego uścisk był słaby i śliski, roztarł czerwony ślad na
śnieżnobiałym mankiecie koszuli oprawcy. Czuł się, jakby patrzył w oczy
śmierci, a delikatny uśmiech nadal tkwił na twarzy Junxianga, spojrzenie
lodowate i zbyt jasne. Nie chciał umierać... Błysk... Dźwięk przeładowywanego pistoletu był ogłuszająco głośny
w ciemności... Błysk...
Westchnąłem
szarpiąc swoją rękę w tył.
– Moja przykrywka
została ujawniona, wiesz? To był łut szczęścia, że pozwolił mi żyć.
To nie było
szczęście. Czułem to – Lay wtargnął do umysłu Junxianga. Tak subtelnie, tak
prosto, ale zadziałało. Zasiał początkujące uczucie uwielbienia i miłości.
– Więc czujesz, że
jesteś jego dłużnikiem?
Lay uśmiechnął
się. Maleńka nutka dziwactwa czaiła się w kącikach jego ust.
– Wbrew temu, co
myślisz, He Jun Xiang nie jest okrutnym potworem. Jest po prostu biznesmenem. W
dodatku cholernie dobrym. Tyle, że handluje bronią. I śmiercią.
*
Z perspektywy
czasu, to była kwestia chwili, zanim He Jun Xiang się zorientuje.
Kiedy kazał mi
przyjść do salonu, Lay już tam siedział patrząc na mężczyznę z grymasem.
Junxiang ledwie skinął głową, gdy się pojawiłem. Usunąłem się na bok, czując
się nieswojo. Próbowałem przechwycić spojrzenie swojego kochanka, jednak ten
nie spoglądał w moim kierunku. Kiedy spuszczałem oczy zobaczyłem to. Duże,
ciemne, świeże siniaki wokół nadgarstków, wystawały spod długich rękawów
koszuli. Odrętwiały poczułem jak chłód zalewa moje ciało. Było coś sztywnego w
sposobie, w jakim siedział Lay. Nie widziałem inny śladów, przynajmniej nie na
jego twarzy, lecz nie miałem pojęcia, co skrywało się pod nieskazitelnie białą
koszulą.
Zawsze powtarzał,
że Junxiang nigdy by go nie skrzywdził, jednak w tej chwili, to ja chciałem
kogoś skrzywdzić i to bardzo. Już robiłem krok do przodu, gdy drzwi otwarły się
ponownie, dlatego cofnąłem się.
Dopiero, gdy inny
mężczyzna wszedł do pokoju, Junxiang z uśmiechem spojrzał na niego. Był niski,
chudy, widywałem go czasami w pobliżu. Dbał o interesy klubu EXO, gdy w pobliżu
nie było Laya. Nigdy nie poświęcałem mu zbyt wiele uwagi, choć zauważyłem, że
chłopak był zawsze nieco chłodny i lekceważący względem niego. Minjae – tak miał
na imię.
– Szef wzywał? –
Mężczyzna nieco nerwowo uśmiechał się do Junxianga.
– Tak. Jak się
mają sprawy w mieście?
– Uh, właśnie
skończyliśmy sprzątać. Policja właśnie skończyła wszystkich przesłuchiwać, ale
tak... Uh. Wszystko... Wszystko w porządku, szefie. – Mężczyzna skinął głową w
kierunku Laya, kiedy Junxiang nie patrzył.
– Dobrze. Dobrze.
– Biznesmen skinął głową nieco odwróciwszy się.
Widziałem jak
otwiera drewniane pudełko. Zmarszczki wokół oczu uwydatniły się bardziej od
uśmiechu. Nagle uświadomiłem sobie co zaraz się stanie. Czułem to tak wyraźnie
w gęstniejącej atmosferze, jednak nic nie mogłem zrobić. Stałem jak wryty,
kiedy Junxiang spokojnie odwrócił się i strzelił wprost w twarz Minjae. Głowa
mężczyzny odskoczyła w tył, krew trysnęła, a ciało uderzyło z głośnym hukiem o
podłogę. Mój szef był niezwykle celny.
– Ja pierdole. –
Lay zerwał się robiąc kilka kroków w tył, by oddalić się nieco od całego
bałaganu krwi na podłodze. Mocno zacisnął palce na krześle, a przystojna twarz
wykrzywiła się w szoku i obrzydzeniu. – Co to kurwa było? – podniósł głos
rozhisteryzowany.
Pojawiła się w
mojej głowie mglista myśl – Lay nie miał powodów do bycia tak zaniepokojonym z
powodu martwego ciała, w końcu wiem, do czego jest zdolny.
Junxiang spojrzał
na rewolwer trzymany w dłoni, po czym wzruszył lekko ramionami.
– Eksplozja w
EXO... Był tam dobrze poinformowany szczur. – Obserwowałem jak chowa pistolet z
czcią w pięknie rzeźbionym, drewnianym pudełku. Podszedł do Laya, ostrożnie
przekraczając krwawy bałagan, a jego ręka w mgnieniu oka wystrzeliła, by złapać
szczękę chłopaka. – Zawsze powinieneś uważasz komu ufasz. – Junxiang nagle
odwrócił twarz w moim kierunku, na co mimowolnie zrobiłem krok w tył. – Nigdy
nie wiadomo, kiedy ktoś rozwali twoją słodką główkę. Zawsze uważaj na
siebie, dobrze? – Mężczyzna uśmiechał się, jego spojrzenie było niepokojąco
jasne. Dreszcz przebiegł wzdłuż mojego kręgosłupa. Lay spanikował, miał szeroko
otwarte oczy. Wyglądało to przerażająco prawdziwie. – Uciąłem sobie wczoraj
pogawędkę z Kim Jonginem. To było... Interesujące – powiedział mężczyzna
błądząc leniwie wzrokiem pomiędzy nasza dwójką. – Uporządkowaliśmy parę spraw.
To jest to, co robimy. Jesteśmy mądrymi ludźmi biznesu, dzięki logice.
Oczywiście przeprosił za ostatnie zniszczenie mojej własności. I małe BMW.
Twoje ulubione.
Zdałem sobie
sprawę, że Minjae był tylko ofertą pokojową.
– Stanowczo
zaprzeczył atakowi tego dzieciaka, który chciał cię poćwiartować w windzie.
Jednak, no cóż. Myślę, że ten facet trzyma jego karty zakryte. Powinienem
pozwolić mu na to jedno nieczyste zagranie. – Junxiang wzruszył ramionami z
smutnym uśmiechem na ustach. – No, mówiłeś, że chcesz iść na miasto dzisiaj,
prawda? Nie będę cię dłużej zatrzymywał, chciałem ci tylko przekazać dobre
wieści. Kris już jest na miejscu, więc możecie iść. – Mężczyzna poklepał jego
policzek, zanim pozwolił mu odejść. Lay cofnął się i popędził do wyjścia bez
słowa, mijając mnie.
Całą drogę do
miasta spędziliśmy w ciszy. To było ostrzeżenie.
*
– Jak idzie praca?
Zitao stukał
palcami o blat stołu. Dźwięk uderzających pierścionków o drewnianą powierzchnię
by niewyobrażalnie głośny w ciszy opustoszałej kawiarni. To była tylko
grzeczność. Wszyscy wiedzieli, że tajna operacja wkrótce dobiegnie końca.
Junxiang jest bliski ostatecznej umowy z chińskim biznesmenem, zanim wyjedzie z
kraju. Możemy uderzyć tuż po ich spotkaniu. Wszystko czego potrzebowaliśmy to
miejsce i czas.
– Dobrze. Wszyscy
w tym domu są nadal ciasno zapięci, jak szwajcarski zegarek.
Zitao prychnął,
lecz zaraz nagle spoważniał.
– Wiesz, to o co
mnie pytałeś jakiś czas temu... Myślę, że nadszedł czas, abyś zapytał o to
Luhana.
Zmarszczyłem brwi.
– Pomijając to, że
nie mogę, ponieważ nie ma go od tygodnia. Wrócił do centrali w Pekinu załatwić
jakiś pilne sprawy. Co niby sprawia, że myślisz, że on powie mi cokolwiek?
– Myślę, że
powinieneś zadać odpowiednie pytania, Wufan. – Zitao patrzył na mnie
ostro, intensywnie. – Pogrzebałem nieco bardziej po naszym ostatnim spotkaniu.
– Nie byłem zaskoczony słysząc to, ponieważ jest dość ciekawską osobą. – Jest
tam... Drugi profil odnoszący się do tajnej operacji Junxianga sprzed sześciu
lat. Nie mogłem tego znaleźć na początku, ponieważ nie wiedziałem czego tak
właściwie szukam. Żadnej nazwy. Ale wypróbowałem kilka sztuczek... I dostałem
nazwę tych akt. Lu Han. Nie wiem jaka była w tym jego rola, lecz był
zdecydowanie osobiście zaangażowany w całe to zasrane przedstawienie.
Zamilkłem.
Podejrzewałem, że Luhan może wiedzieć kim był Lay, jednak nigdy nie śladu
rozpoznania na jego twarzy, czy wiedzy przekazanej na spotkaniu instruktażowym.
– Oczywiście, jego
akta są również poza główną bazą danych, ale... tak jakby popytałem pewne
osoby...
– I?
Zitao westchnął
pochylając się do przodu.
– Jest wiele mitów
i sekretów wewnątrz NSS. Coś... Dobra. Nie wiele osób o tym wie, a jeżeli już,
to właśnie oni sprawili, że jest to mitem. Jednak, czy NSS nie było mitem w
twoich oczach przez całe sześć lat? Jest coś podobnego. Plotki o tajnej
frakcji, technicznie nadal pod władaniem NSS, jednak całkowicie
oddzielającej tożsamości agentów. Niektórzy nazywają to Sekcją E12,
niektórzy Projektem E.
– Co dokładnie
robią?
– Nikt nie wie.
Wszystko co mamy to spekulacje.
– Uważasz, że ci,
których profile znajdują się poza główną bazą danych należą do tego... projektu?
– Jeżeli opis
pasuje. – Zitao przesunął dłonią po włosach. Odchylił się, jednak w momencie
znów wrócił do poprzedniej pozycji. – Nie wiem, czy powinienem ci o tym mówić,
ale uważam, że powinieneś być świadom jeszcze jednej rzeczy. – Wyglądał na
zmartwionego, jednak coś w jego oczach mówiło mi, że nie chce być już więcej w
to wciągnięty. Wyświadczy mi wielką przysługę, większą niż mogłem marzyć,
dlatego to czas, aby zmył się z pola widzenia. – Twój profil został usunięty z
głównej bazy danych i zniknął za niewidzialną ścianą, zaszyfrowanego, tajemnego
serwera zewnętrznego, Wufan. Nie mam do niej dostępu.
Siedziałem
nieruchomo w fotelu.
*
– Junxiang
opuszcza Sanyau w następny wtorek, po załatwieniu porozumienia w Korei
Południowej. Wyjeżdża z kraju i nie ma zamiaru wracać – Lay powiedział cicho z
wzrokiem utkwionym w scenerii za oknem samochodu. – Odwieziesz mnie na nasze
spotkanie do portu w południowej części miasta, gdzie będzie na mnie czekał.
– Koniec gry. –
Zacisnąłem mocniej ręce na kierownicy.
– Powodzenia –
wymamrotał.
Nie wiedziałem co
miał na myśli aż do chwili, pięć dni później, gdy patrzyłem na srebrną lufę
rewolweru He Jun Xianga, zaledwie krok od drzwi do posiadłości. Mężczyzna
trzymał w ręce pluskwę, którą zamontowałem na ich samochodzie zaledwie wczoraj.
Wziąłem głęboki oddech, stojąc bezruchu. Grupa SWAT czekali na nich w
porcie.
– Dobra robota,
agencie Krisie Wu, jeżeli to w ogóle jest twoje prawdziwe imię. – Junxiang
uśmiechał się do mnie, był otoczony przez kilkoro ochroniarzy. Nigdy nie czułem
większego zimna widząc ostre, przenikliwe spojrzenie mężczyzny skierowane
bezpośrednio na mnie. – Ale zabawa dobiegła końca. Cóż, założę się, że było ci
dobrze, kiedy to trwało. Musisz się czuć, jakbyś wygrał złoty medal, skoro
spałeś z Layem, prawda? – Uśmiech wyostrzył się, a ja zamarłem. Nie widziałem
Laya cały dzień.
– Gdzie on jest?
Junxiang
przechylił lekko głowę.
– Martwisz się o
niego? To miłe, ale naprawdę nie powinieneś. Przyjdzie za niedługo. Tymczasem,
możemy uciąć sobie małą pogawędkę. Zastanawiam się, co w tobie jest, że Lay
zechciał cię pieprzyć. Przecież on nienawidzi takich jak ty. Ale zgaduję, że
chęć zemsty tak szybko nie wymiera.
Riposta zamarła w
moich ustach.
–....co?
– Och, nie
wiedziałeś? Czyżby pominęli tą piękną, poruszająca historię podczas szkolenia?
Jak twoi ludzie postrzelili i zostawili go, by się wykrwawił na śmierć sześć
lat temu? Takie okrutne, co by społeczeństwo pomyślało? – Junxiang uśmiechał
się kręcąc głową.
Stałem jak wryty,
przez głowę przelatywało mi setki słów. Czy on właśnie powiedział, że to NSS
pozbyli się Laya? Nie. On musi kłamać, aby namieszać mi w głowie... Jednak nie
było powodu, aby to robił. Fragmenty tego co wiedziałem, wszystkie plotki,
historie, które mi mówiono zaczęły kłębić się wokół, jak doprowadzające do
szaleństwa, nieistniejące szepty. Luhan powiedział, że tajny agent został
zamordowany. Minseok zaś, że przeszedł na stronę Junxianga. NSS zatuszowało
tożsamość Laya. Pojawiło się nagłe, lodowate uczucie wątpliwości w myślach.
– Kiedy go
znalazłem, to był cud, że nadal żył leżąc tam w kałuży własnej krwi. Więc
pomyślałem, że ten dzieciak jest wojownikiem. A potem spojrzałem w jego oczy i
pierwsza myśl, jaka nasunęła mi się wtedy to... O, już przyszedł. – Junxiang
odwrócił się i zobaczyłem jak Lay wychodzi z domu; szybko, pewnie.
Był ubrany w
czarną koszulę i eleganckie spodnie. Miękki materiał leżał idealnie dopasowany.
Ściskał usta w cienką kreskę, niewielka nutka dezaprobaty widniała na jego
twarzy i niemal przegapiłem pistolet w jego ręku. Wszystkie mentalne tarcze
miał podniesione, był całkowicie i lodowato pusty dla moich zmysłów. Widziałem
jak Lay unosi pistolet w zwolnionym tempie. Jego ciemne oczy patrzyły prosto na
mnie i... Wykonał strzał, zaledwie dwa kroki od Junxianga.
Nieco się
zachwiałem. Zupełnie oszołomiony powoli spojrzałem w dół. Dostrzegłem w
pierwszej chwili sączącą się krew z mojej koszuli, zanim nerwy zarejestrowały
oślepiający ból w brzuchu. Nogi ugięły się pod ciężarem ciała i mimowolnie
opadłem na kolana z głuchym jękiem. Ostrożnie przyłożyłem dłoń do koszuli,
zaraz ją odsuwając zupełnie mokrą od krwi. Lekki wdech sprawił, że napłynęła
nowa fala bólu.
Kiedy spojrzałem w
górę, zobaczyłem jak Junxiang przysuwa do siebie młodszego chłopaka i składa na
jego ustach krótki pocałunek.
– Załatw to
szybko, musimy iść za niedługo.
Lay odsunął się i
podszedł do mnie. Intensywnie czarne spodnie weszły mi w wizję i dopiero wtedy
spojrzałem w górę, gdy czubkiem lufy uniósł moją głowę. Patrzył na mnie z góry
lodowatymi oczyma.
– Koniec gry,
Kris. Przykro mi, że do tego doszło. Byłeś po prostu w niewłaściwym miejscu, w
niewłaściwym czasie – mówił spokojnym, cichym głosem. Niemal nie mogłem
dosłyszeć słów z powodu własnego dyszenia.
– Dlaczego? – To
było jedyne słowo, jakie udało mi się wypowiedzieć.
– Sześć lat temu,
właśnie tak postrzelili mnie wasi ludzie. Zostawili mnie, wykrwawiającego się
na ziemi. – Lay przysunął się bliżej, wolną ręką przesunął po własnym brzuchu.
Pamiętam obraz
jego jęczącego bezgłośnie z bólu w zimny beton, gorącą krew płynącą z brzucha.
Obraz, który Lay pokazał mi wraz ze swoją blizną. Czekał na coś, przyciskał
palce do rany co chwilę, aby utrzymać się przy świadomości, ból przeszywał jego
ciało ostrymi falami. Był jak elektrowstrząsy i przypominał mi to, co czułem
teraz.
– Karma to suka, nieprawdaż? Teraz
będziesz wiedzieć, jak się wtedy czułem, wykrwawiając i czekając na śmierć. –
Pistolet przesunął się na kości policzkowe, czułem chłodny metal na swojej skórze.
Trząsłem się z szoku i bólu. – Jednak tym razem, nikt nie przyjdzie, aby
uratować twoje życie, agencie Wu Yifan.
Usta Laya
wykrzywiły się w obrzydliwej imitacji uśmiechu, zanim mocno uderzył rączką
pistoletu w moją głowę.
Ból eksplodował za
moimi oczami, a ciało runęło na ziemię. Ostatnią, mglistą wizją był on,
obejmowany przez Junxianga z słowami: „Musimy iść". Potem świat
przeszedł w czerń
*
Gdy świadomość
znów wróciła do mojej głowy, usłyszałem najpierw zagłuszone krzyki zanim
otwarłem oczy i zobaczyłem niekończącą się biel ścian. Szpital. Skrzywiłem się
opadając z powrotem na łóżko, byłem blokowany przez pulsujący ból głowy i
nieszczęście w budynku. Zawsze nienawidziłem przebywać tutaj. Moje ciało było
słabe i dziwnie odrętwiałe.
Fala wspomnień nadeszła
w drugiej kolejności wraz z paniką i rozdzielającym bólem zdrady. Westchnąłem
mając okropne zawroty głowy, widziałem obraz Laya z tym uśmiechem, zanim urwała
mi się wizja. Nie mogłem się ruszyć, leki pompowane do mojego krwiobiegu
obciążyły mnie.
Moim pierwszym
gościem był Luhan. Jakoś nie mogłem zmusić siebie do bycia zaskoczonym.
To był pierwszy raz, gdy widziałem go po całej tej rewelacji jaką objawił mi
Zitao. Wydawało się, że to było wieki temu, nawet on sam wyglądał jakby się
postarzał – twarz miał zmizerniałą, a oczy czerwone ze zmęczenia.
– Jak? Lay mnie
postrzelił – wyszeptałem. Czułem nagle pieczenie goryczy.
– Zrobił to.
Musiał. W innym wypadku, He Jun Xiang zabiłby cię – Luhan westchnął siadając na
krześle obok łóżka.
– Co? – Zamarłem.
– Wysłał nam
sygnał alarmowy zaraz po tym, jak cię tam zostawił. Opuścił z Junxiangem dom,
wkrótce po tym miasto.
Myśli tworzyły
bałagan w mojej głowie.
– On nadal dla
ciebie pracuje?
Luhan po prostu
skinął głową.
Pojawiło się
wkrótce niewyobrażalne poczucie ulgi, jednak nadal było coś, co tliło się w
oddali.
– Ale on
powiedział... Junxiang powiedział, że sześć lat temu... To NSS postrzeliło
Laya... To dlatego.... To miała być jego zemsta. Powiedział mi to. – Słowa Laya
brzmiały przerażająco prawdziwie. Pamiętam ten wyraz jego oczu. Pamiętam. Nagły
strach zacisnął się wokół mojego gardła, a wizja rozmyła się. To zdecydowanie
przez leki. Zaćmiewały mój umysł. Nie mogłem uchwycić się jednej myśli. – To
prawda? Nie byłeś tam? Sześć lat temu? Widziałem... Widziałem twoje imię... W
bazie danych. Musiałeś wiedzieć... Musiałeś wiedzieć, kim Lay był.
Zapadła krótka
cisza, następnie Luhan zaczął mówić, głosem spokojnym i delikatnym.
– To prawda. Sześć
lat temu, to NSS postrzeliło agenta specjalnego Zhang Yixinga. Byłem tym, który
to zrobił.
Zamrugałem
parokrotnie. Czas zdawał się zwolnić, a pokój ściemniać. Coś szarpnęło moim
żołądkiem.
– Byłem jego
partnerem. Tylko my dwaj uczestniczyliśmy w tej tajnej operacji i niewielu
ludzi o tym wiedziało. Byliśmy tajni przez rok, aż do momentu, kiedy coś
pochrzaniło się w NSS i nasza przykrywka została zerwana. A raczej, moja
przykrywka. Wiedzieliśmy, że wcześniej, czy później Junxiang się połapie i
zabije nas obu. Yixing nie chciał wycofać się z akcji, nie miał zamiaru
zmarnować tego wszystkiego. Nasze wysiłki, które wkładaliśmy przez ostatnie
trzynaście miesięcy obróciłyby się w pył. W panice stworzyliśmy plan. Ja miałem
się wycofać, a on zostać. W jakiś sposób Junxiang polubił Yixinga, dlatego
chcieliśmy wykorzystać to. Jednak, aby zdobyć zaufanie Junxianga, musiałem
zabić Yixinga. Wszystko co odnosiło się do naszej aktywności sprzed roku,
obarczyłoby mnie – osobie, która zniknie, podczas gdy Yixing byłby tą niewinną
stroną wykorzystaną przeze mnie, a później zamordowaną z zimną krwią.
Wiedzieliśmy, że jeżeli nie pójdziemy w skrajność, Junxiang nigdy by mu nie
zaufał.
– To ty go
postrzeliłeś.
Błysk... Blizna o pocisku na brzuchu Laya... Błysk... Lay wykrwawiający się na lodowatej ziemi, czekający na
Junxianga.. Lub śmierć... Błysk.
– To było ryzyko.
Nie wiedzieliśmy, czy Junxiang zdecyduje się uratować go, czy też nie. Yixing
upierał się, że to zadziała.
„Zakochać się, to
jest wyzwanie” –
powiedział Lay.
– Dlaczego mi nie
powiedziałeś? Dlaczego byłem w to wciągnięty?
– Sześć lat
później, nadszedł czas na zamknięcie sprawy. Prawda jest taka, że... Nie
wiedzieliśmy, czy Yixing rzeczywiście nadal dla nas pracuje, czy też przeszedł
na ich stronę. Mieliśmy bardzo ograniczony kontakt przez ten czas. Nie mogłem
się z nim porozumiewać, jednak pośrednik powiedział, że ma podejrzenia. Były
argumenty na bardzo wysokiej pozycji. Latałem pomiędzy Pekinem i Sanyau z tego
powodu... Zostałeś w to wciągnięty, ponieważ szefostwo chciało bezpieczeństwa w
razie, gdyby Yixing rzeczywiście się odwrócił. Nigdy ci tego nie powiedziałem,
ponieważ... ufam mu.
– Dlaczego? Skąd
mogłeś to wiedzieć?
Luhan westchnął.
– Jestem empatą,
dokładnie tak jak ty, Wufan. – Wiedziałem. Wiedziałem, odkąd Luhan dotknął mnie
po raz pierwszy. – Yixing i ja... Znamy się długo, przyszliśmy do agencji w tym
samym czasie. Możesz go wyczuć. Myślisz, że się odwrócił?
– ...nie. – Prawda
była taka, że nie zrobił. Nawet, gdy strzelił do mnie mając ciemne oczy, gdy
patrzył ponad lufą. – Gdzie oni teraz są?
– Przepraszam, nie
mogę ci tego powiedzieć. – Nie musiał, znałem już odpowiedź. Zamknąłem oczy,
chcąc odsunąć rozpaczliwe uczucie rozczarowania. Luhan stał. – Zostałeś
odsunięty od sprawy, agencie Wu Yifan. Wrócisz do NIS. Dziękujemy ci za służbę
i... – Ułożył dłoń na moim ramieniu schylając się. – Dziękuję – mruknął
cicho, a ja wiedziałem, że to nie moją „służbę" miał na myśli.
Zamknąłem oczy.
Czułem nasilające się pulsowanie w dole brzucha.
*
Pekin był
dokładnie taki sam, jak wtedy, gdy go opuściłem. Miasto wciąż wibrowało pod
moimi stopami. Mieszkanie pokryte grubą warstwą kurzu. Do pracy za biurkiem nie
mogłem się zmusić przez następne kilka miesięcy, kiedy zdrowiałem. Byłem zbyt
sfrustrowany. Joonmyun patrzył na mnie z niepokojem, jednak nie unosił się.
Byłem mu za to wdzięczny. Świat kołysał się powoli ku starej rutynie. Sanyau
wydawał się być na drugim końcu świata, a to co się wydarzyło – błahy, letni
romans. Opowiastka o letniej miłości i przygodzie, opowiadana przy ognisku,
jeżeli pominie się martwe ciała i krew tryskającą z głów.
Kogo ja
okłamywałem? Lay wypalił sobie miejsce wewnątrz mojej głowy, zostawił rany,
które ledwie zaczynają się goić. Podświadomość umiejscowiła naszą ostatnią
scenę razem w moich snach. Obraz zimnej lufy jego pistoletu, wiodącej po moich
kościach policzkowych. Czasami Lay rozwala moją głowę drugim pociskiem. Innym
razem ostrze wysuwa się z rękawa eleganckiej koszuli i jednym, wdzięcznym
ruchem podrzyna mi gardło. Zawsze budzę się z krwawiącą dolną wargą, a
metaliczny smak na języku jest niesamowicie znajomy.
Miałem chyba zbyt
wiele nadziei, że ten letni romans nigdy nie wróci do miasta, aby mnie
nawiedzić.
Zobaczyłem znów
Zhang Yixinga późnym, jesiennym popołudniem. Zaledwie dwie ulice dalej od
mojego mieszkania, gdy byłem w drodze do sklepu. Myślałem, że mam halucynacje,
kiedy przechodziłem obok tej znajomej twarzy zupełnie osłupiały, jednak chwycił
mnie za ramię i odwrócił do siebie.
– Pomimo pokerowej
twarzy, wiem, że mnie rozpoznałeś.
Lay niepewnie
uśmiechnął się do mnie. Było to przeraźliwie znajome i wysyłało dziwne
wstrząsy. Czekał na mnie. Ubrany w zwykłą, granatową marynarkę, podkoszulek i
ciemne, obcisłe spodnie. Miękkie włosy niedbale opadały na czoło. Mówił z
wyraźnym, charakterystycznym dla jego rodzinnego miasta akcentem, głosem
delikatnym, płynnym. To nie był Lay z zalanych słońcem plaż Sanyau, lecz Yixing
– zaginione dziecko Pekinu.
– To koniec –
powiedział, gdy dostrzegł moją niepewność. – Skończyło się to już ponad dwa
miesiące temu, ale byłem zajęty. Przepraszam, że nie odwiedziłem cię wcześniej.
– Yixing uśmiechnął się, jak przyjaciel, którego spotyka się po latach. Jakby
nie postrzelił mnie ostatnim razem. – Cieszę się, że wyglądasz lepiej. Znajdźmy
kawiarnię i nadróbmy zaległości.
Dałem mu się
poprowadzić będąc zbyt oszołomionym, by zaprotestować. Już prawie udało mi się
zepchnąć w otchłań umysłu Laya i Junxianga, jako odległy obraz, bajkę,
zostawioną w Sanyau. A jednak, Zhang Yixing wrócił.
Znaleźliśmy
kawiarnię, tuż na rogu ulicy. Szklane ściany i drewniane stoliki. Chłopak
popijał swojego drinka, podczas, gdy ja tylko żułem słomkę.
– Czy on nie żyje?
– Obaj zbyt dobrze wiedzieliśmy, że nadejdą te tematy.
– Nie. – Pokręcił
głową, delikatny uśmiech grał na jego ustach. – Został złapany. Operacja się
udała i teraz siedzę tu z tobą, prawda?
Co za idiotyczne
pytanie. Starałem się stworzyć inne, wybrać jedno spośród bałaganu tak wielu.
– Czemu zostałem
odsunięty?
Spędziłem pierwszy
miesiąc na złoszczeniu się na Luhan, Laya, NSS i prawie cały świat. Później,
ból został schłodzony przez gorzkie otępienie.
– Ponieważ
popełniłem błąd. – Oczy Yixinga paliły moją skórę, pamiętam to samo rozpalające
uczucie, gdy wbijał zęby w moją spuchniętą wargę. Pamiętam jak szeroko
rozkładał nogi, aby dać miejsce moim biodrom, później ściskając je, drżąc z
przyjemności. – Operacja trwała zbyt długo, nie było już wymówkę, ale
popełniłem błąd. Samozadowolenie mnie ogarniało, a Junxiang jest zbyt mądry, by
się nie połapać.
Pamiętam jak
wyglądał na samotnego i odizolowanego, jego kpiący uśmieszek nigdy nie sięgał
oczu. Byłem jego pierwszą i jedyną ostoją, przy której mógł być sobą, po
siedmiu latach życia jako Lay.
– Mógł istnieć
delikatniejszy sposób, aby to zrobić. – To nie do końca było to, co chciałem
powiedzieć, jednak od miesięcy prześladował mnie obraz zimnych, ciemnych oczu
Laya, gdy pociągał za spust. Ból nadal czułem jak prawdziwy, jak również
gorzkie poczucie zdrady.
– Przepraszam. –
Wzrok Yixinga złagodniał. – Sprawy potoczyły się zbyt szybko. Musiałem pozbyć
się ciebie z drogi, zanim Junxiang cię zabije. Gdyby on strzelił, rozmawiałbym
teraz do nagrobka.
Nie powiedział
tego wprost, ale wiedziałem co ma na myśli. Misja zawsze stoi na pierwszym
miejscu, nawet jeżeli pociągnie za sobą śmierć kolegi. To dlatego NSS zawsze
było bezwzględnie skuteczne. Yixing zabiłby mnie, jeżeli uznałby to za
konieczne. Tak samo postąpił Luhan w sprawie Junxianga sześć lat temu. Jesteśmy
pionkami, kalkulujemy szanse i wybieramy najlepsze możliwości, a czasami muszą
stać na drodze ofiary.
– Trudno było go
zgarnąć?
Nadal pamiętam
subtelny sposób, w jaki Lay prężył się do dotyku Junxianga, oczy zasłaniało
uwielbienie ilekroć mężczyzna zbliżał się do niego. Nawet teraz wywoływało to
nieprzyjemny ścisk w żołądku.
Yixing milczał
przez chwilę, rozwalając słomką kulkę lodów z kawy mrożonej.
– W pewnym
stopniu... Lay naprawdę był zakochany w Junxiangu, wiesz? To by nie zadziałało,
jeżeli te emocje nie byłyby prawdziwe. Jestem projektywny, ale to oznacza jedynie
tyle, że mogę sprawić, że ludzie będą czuć to co ja. Przez siedem lat, ja byłem
Layem.
Zanim przyjechałem
i rysy zaczęły się ujawniać.
– W ostatniej
chwili przed tym jak go aresztowali, kiedy przyciągnął mnie do siebie po raz
ostatni raz, widziałem wyraz jego oczu... Wiem, że był zakochany w Layu. To
czuł Junxiang. Ufał mi, a pułapka była położona. Powoli się wypalał, ale
działało, bo plan był idealny. – Yixing westchnął roztrzęsiony. – Ale już nim
nie jestem. Lay jest teraz martwy.
Jego oczy zamigotały.
Dostrzegłem subtelną różnicę – nie było śladu po zmysłowym uśmiechu na jego
ustach, pewnego siebie kroku, ułożonych perfekcyjnie włosów. Nawet wtedy, kiedy
pieprzyliśmy się za plecami Junxianga, tuż po tym jak poznałem prawdziwą
tożsamość Laya, zawsze było coś strzeżonego, co nie pozwoliło mu w pełni pozbyć
się drugiego siebie. Teraz nie ma śladu po wartym biliardy won kochanku. Yixing
wygląda starzej... i na zmęczonego.
Nie było już Laya,
nie miałem także wątpliwości, że to był ten sam Zhang Yixing, którego poznałem
po raz pierwszy na dachu liceum ponad dziesięć lat temu. Wydoroślał i nie
jestem pewny, czy nadal go znam.
Obaj milczeliśmy. Myślałem o słowach jakie
wypowiedział. Popołudniu, jesienny Pekin mienił się złotymi odcieniami w
słońcu. Po ulicach przechadzali się ludzie. To miasto wydawało się oddalone
miliardy kilometrów od Sanyau.
– Dlaczego tu
naprawdę jesteś, Yixing? – Jego imię brzmiało nad wyraz obco. – Nie powiesz mi,
że chcesz po prostu odnowić znajomość z starym przyjacielem.
Przysunął dłoń do
mojej na stoliku, nie do końca nasze palce stykały się, jednak czułem ich
ciepło.
– Jestem
powiększoną ofertą pracy.
Coś gwałtownie
ścisnęło moim żołądkiem, nawet jeżeli powinienem się tego spodziewać.
– Luhan prosił
cię, abyś to zrobił?
– Być może już
wiesz, ale twoje umiejętności znajdują się na znacznie wyższym poziomie, Wufan.
Nawet w liceum wiedziałem, że jesteś wyjątkowo silnym empatą. To właśnie
przyciągnęło nas do siebie.
– To nie jest
oferta pracy z NSS, prawda? – Szukałem w jego oczach odpowiedzi. – Ty i Luhan.
Nigdy tak naprawdę nie pracowaliście dla NSS. Tak samo jak i ja. Wciągnęliście
mnie w to, nie wyjawiając prawdy. Projekt E. Sekcja E12. – Mit w micie o NSS.
Teraz wreszcie wiem, jak naprawdę było. Zaskakująco łatwo zdołałem złożyć puzzle
w całość. – Tajni agenci, których zdolności wybiegają poza to, co zwykły
człowiek może potrafić. Empaci projektywni, tworzą zalążek własnych uczuć w
drugiej osobie i otwarci, którzy mogą czytać z drugiego człowieka jak z
otwartej księgi. Dlatego jest to takie tajne, ponieważ posiadacie umiejętności,
które wdzierają się w umysł. Możecie wpływać na to co robią, myślą. Dość trudny
kawałek do przełknięcia przez społeczeństwo. To przerażające.
Wszystko miało
teraz sens. Mija była tylko testem, który miałem zdać. Nie wiem, czy chciałem
wiedzieć jak mi poszło.
– Ludzie mogą
pomyśleć, że jesteśmy potworami, ale to nieprawda, wiesz? Zmagamy się z życiem
jak każdy inny. Mamy więcej zakopanych sekretów i szkieletów w szafie, ale
staramy się, aby to co robimy było dla większego dobra, Wufan. Zawsze znajdzie
się ktoś, kto położy swoje brudne ręce, aby dostać to czego chce.
– Pytasz mnie o
dołączenie do agencji, która nawet nie zawahała się, aby strzelić ci w plecy i
zostawić cię w rękach niebezpiecznego kryminalisty. Po siedmiu latach życia
życiem, które do ciebie nie należało. – Nie miałem zamiar pytać Yixinga, czy
spanie z Junxiangem było częścią jego planu. – Po tym jak postrzeliłeś mnie,
aby chronić swoją tożsamość w misji.
– Nie każda misja
jest tak tragiczna, Wufan. – Yixing drgnął, ale jego głos wciąż był spokojny i
cichy. – Zwykle wykonujemy mniejsze sprawy. To był pierwszy raz, gdy przybrała
ona tak ekstremalny obrót. I wcale nie jest tak źle. Dużo podróżujemy po
świecie, możemy być kimkolwiek zechcemy. Wybrałem i zbudowałem Laya, wiesz?
Istnieje dreszczyk emocji, poczucie satysfakcji, kiedy robisz coś, co
przyczynia się do bezpieczeństwa tego kraju. Może nie jest to uznawane przez
ogół społeczeństwa, ale nie urodziliśmy się z tymi wszystkimi... mocami, aby po
prostu usiąść za biurkiem. Lubię to co robię. – Przerwa. – Może nie tak bardzo,
w momencie kiedy Luhan mnie postrzelił. Albo, gdy jakiś paranoiczny zabójca
psychopata, chciał mnie zamordować tylko dlatego, że uroił sobie, że jestem
nieudolnym kieszonkowcem.
– Co?
– Pamiętasz tego
koreańskiego chłopaczka z nożem? – roześmiał się. – Jeden z ulubieńców
Projektu. Luhan był wkurwiony, kiedy o tym usłyszał.
– Wiesz, że to nie
jest specjalnie zachęcające do podjęcia mądrej ścieżki zawodowej, tak?
– Robimy to, co
musimy. To nic osobistego. Do czasu, aż nic nie spartolisz możesz żyć z dnia na
dzień. Na co warto zwrócić uwagę, ten dupek został usunięty z Projektu. –
Yixing wzruszył ramionami, po czym nagle pochylił się z migoczącymi oczami. –
Masz tak wiele potencjału, którego jeszcze nie wyzwoliłeś, Wufan. Jesteśmy
rzeczy, o których inni nie marzyli. Spędziłeś całe życie tłumiąc w sobie to kim
naprawdę jesteś, bojąc się, co ludzie pomyślą, gdy dowiedzą się prawdy. Nie
jesteśmy potworami, Wufan, jesteśmy kimś o wiele więcej. To twoja szansa.
Możesz być kimś lepszym. Nigdy więcej ukrywania.
Czułem gwar tłumu
w swojej głowie.
– Nie ma morału w
tym co robisz.
Yixing ujął
szklankę w dłoń
– Możemy nie
śledzić kodu moralności społecznej, lecz jest to konieczne. Robimy kawał dobrej
roboty. Nie chce cię zmuszać, masz wybór i możesz odmówić, a Projekt E zniknie
z twojego życia na zawsze. Brak kontaktu, ani śladów.
Ciepło palców
Yixinga było zbyt znajome. Błysk... Zimne oczy
Laya wlepione we mnie znad pistoletu... Błysk... Nasze usta łączą się ze sobą, ciała gładko ocierają w
klubie... Błysk... Oślepiający ból
i gorąca krew pomiędzy moimi palcami... Błysk.... Pogodny śmiech Yixinga, gdy byliśmy na dachu liceum, gdy
przyciskał palce do mojego policzka... Błysk... Moja matka sycząca z pogardą: „Coś jest nie tak z twoją
głową"… Błysk…
– Więc jaki jest
twój wybór, Wu Yifanie?
Spojrzałem prosto
w jego oczy. Oboje już znaliśmy odpowiedź.
Zdecydowanie moj ulubiony fanfic ze wszystkich. CUDO *-* Baaaardzo dziekuje za przetlumaczenie, nie mowiac juz o zamienieniu Sekaia na Kraya <3
OdpowiedzUsuń