poniedziałek, 2 czerwca 2014

Ostateczna Rozgrywka


Autor: fumerie
Rodzaj: NC-17, kryminał, fantasy (lekkie)
Paring: Kray
Tłumaczenie: Zdzisi
Opis: „Sypianie z kochankiem najniebezpieczniejszego dilera broni w Azji Wschodniej, nie był najlepszym pomysłem Wu Yifana”

(Lay)
Ból był tylko formą informacji. Nawracał do mojego umysły w kółko, przeszywał mnie niczym małe, elektryczne wstrząsy od receptorów nerwowych prosto do mózgu. To był po prostu sygnał, informacja, którą identyfikowałem,  przetwarzałem i archiwizowałem w bazie danych. Nigdy wcześniej nie czułem się w taki sposób, ale mój mózg słał mi wiadomość zwrotną, że ból oznacza rychłą śmierć.
Zamrugałem, ramiona mi drżały. Szorstki i twardy grunt pod moim ciałem, zimno sączące przez ubrania dotykało mojej skóry tak intensywnie, że czułem je w rdzeniu kości. Jedynym ciepłym punktem, była moja ręka, ale nawet i ona zaczynała marznąć. Krew nie pozostawała gorąca zbyt długo, gdy opuszczała moje ciało. Przyciskanie dłoni do krwawiącej rany na brzuchu było znacznie bardziej relaksujące. Czerwona kałuża pode mną z sekundy na sekundę robiła się coraz większa. Opozycyjne do martwej cichej, ciemności, było nierówne, głośne tętno w klatce piersiowej.
Zamrugałem ponownie. Było coś twardego i ciężkiego, co dotykało mojego policzka. Lufa pistoletu. Zimny metal przeciągany powoli w górę i dół po mojej kości policzkowej, ocierał się jakby to była najintymniejsza pieszczota. Dźwięk mojego oddechu był zbyt głośny, abym słyszał osobę stojącą nade mną, ale pistolet przesuwa się na moje ramię i popycha mnie. Wydałem z siebie krzyk bez tchu, gdy uderzyłem plecami o ziemię. Wstrząsający ruch doprawiany był przez kolejny napływ krwi pod palcami. W głowie szumiało mi, obraz zachodził czarnymi plamami, ale widziałem jasne i jedyne w swoim rodzaju oczy, nawet mimo mglistego światła. Niegdyś czułem do nich wstręt – oczy tak jasne, tak zimne, tak pozbawione emocji, zestawione z niesamowitym uśmiechem. Efekt był rażący, a ja go nienawidzę. Jednak w tej chwili nie obrzydzenie czułem, lecz strach.
Starszy mężczyzna uśmiechał się do mnie. Kości policzkowe unosiły się ku górze, linie sięgały jego oczy. Powoli przykucnął tuż obok mojej głowy. Kątem oka widziałem jak przesuwa się z daleka od rosnącej kałuży krwi. Uważał, aby nie zrujnować swojego drogiego, szytego na zamówienie garnituru i błyszczących, skórzanych, włoskich butów. Mężczyzna zawsze powtarzał, że nie jest zabójcą, z wyjątkiem chwili, w której lufa pistoletu przejeżdżała po moich ustach. Szorstki, zimny metal znalazł się dokładnie na wprost.
– Otwieraj.
Nadal się uśmiechał, jego głos był delikatny i miękki niczym jedwab, jakby mówił do małego dziecka. Lufa wdarła się do moich ust. Połykałem zimną ślinę i smak metalu. Moje pełne wargi zaciskały się wokół ulubionego rewolweru mężczyzny, wszelkie srebrne, błyszczące i gładkie części pławiły się wdzięcznie. Ciężko było nie wypychać go językiem. Spluwa wsunęła się głębiej, prawie dusząc mnie. Śmierć niosła ze sobą ciężki, metaliczny smak.
Wcale nie chciałem umierać. Nasączoną krwią dłonią złapałem go chwiejnie, z determinacją za nadgarstek. Mój uścisk był słaby, śliski, ubrudziłem mankiet jego białej koszuli krwią. Czułem się jakbym patrzył śmierci w twarz. Łagodny uśmiech nadal tam był, tak samo jak lodowate, zbyt jasne oczy. Nie chciałem umierać. Naprawdę.
Łomot serca był ogłuszający w ciemności.

*

(Wufan)
            Powietrze Sanyau było gorące, wilgotne i ciężko pachniało słonym morzem. Byłem tu zaledwie parę razy, jako dziecko wraz z rodzicami  podczas wakacji. Biegałem po zatłoczonej plaży. Dwadzieścia lat później tłum i upał był nadal taki sam jak zapamiętałem. Przesunąłem ręką po wilgotnych włosach, a widok piaskowego blondu zaskoczył mnie. To nadal coś, do czego muszę się przyzwyczaić.
Droga na pustkowie była długa i kamienista, biegła przez las, przy zboczu góry, prosto na południowy kraniec Sanyau. Słyszałem o istnieniu bazy wojskowej w okolicy. Luhan powiedział, że jest celowo położona w strategicznym miejscu. Zajęło mi strasznie dużo czasu, aby objechać górę, skupiając uwagę na wpół na drodze, na wpół na mapie GPS. Kilkaset metrów dalej odnalazłem mały zakątek, gdzie dowiedziałem się, że jadę w dobrym kierunku. Podałem swoje imię strażnikowi i powoli wtoczyłem się wąską drogą, słuchając chrzęszczenia liści pod kołami samochodu. Było już prawie południe, gdy udało mi się dotrzeć przed gigantyczną, metalową bramę. Zaparkowałem samochód przed budynkiem, zmuszony przez ciszę zdecydowałem iść dalej pieszo. Na parkingu widziałem czarne, lśniące, pełne elegancji BMW, vintage'owego, czerwonego Astona Martina. Z kamienną twarzą wziąłem głęboki oddech i wysiadłem z swojego samochodu. Wiem, że wyglądam z zewnątrz na spokojnego, ale mój żołądek skręcał się z nerwów.
Dom był dokładnie taki jak wyobrażałem sobie letnia posiadłość milionera – luksusowy, okazały, dekoracje i kolorystyka były bujne i bogate, meble utrzymane w tradycji chińskiej. Bardziej wyglądało to jak ekskluzywne spa, niż dom. Bezbłędnie utrzymany ogród, brukowana ścieżka, szklane, przesuwane drzwi i szerokie, drewniane belki, które wyglądały jakby zostały eksportowane z egzotycznego kraju z tropikalnymi lasami.
Jeden z ochroniarzy, lub ewentualnie pomocy domowej, przeszukał mnie skutecznie. Podciągnął mój czarny top, który ubrałem mimo okropnego upału, ponieważ chciałem zaimponować. Panowała długa cisza, gdy zostałem prowadzony na tyły domu do ogrodu. Zaparło mi dech w piersi widząc krajobraz rozpościerający się przede mną. Byłem na tyle wysoko, że widziałem ogrom oceanu rozciągający się wraz z panoramą miasta. Woda połyskiwała złotem od słońca. Dom wydawał się być wybudowany na klifie w otoczce skał i ciężkich, starych drzew. Widok był oszałamiający.
– To nie widok, który można ujrzeć w stolicy, nieprawdaż? – Zaskoczył mnie rozbawiony głos.
Zesztywniałem, odwróciłem się powoli i stanąłem twarzą w twarz z osobą nawiedzającą moje koszmary. Siedział tam, na nasiąkniętym oceanem i słońcem powietrzu, żywy, oddychający, przed laptopem. He Jun Xiang – nie wyglądał na niebezpiecznego handlarza bronią, a raczej jak typowy, sprośny, bogaty biznesmen na wakacjach. Ubrany w proste spodnie khaki i ciemnoszarą podkoszulkę. Uśmiech słany do mnie był przyjazny, sięgający oczu.
– Nie, zdecydowanie nie, proszę pana. To miejsce jest przepiękne. – Skłoniłem się w pas. – Kris Wu, sir.
Junxiang skinął głową nadal się uśmiechając. Byłem spięty z nerwów od kilku dni. Na samą myśl o tym spotkaniu robiło mi się niedobrze, jednak widok dziwnie ciepłego mężczyzny mnie uspokajał.
– Ze stolicy, co? Co cię tu sprowadza? Młode dzieciaki lubią duże miasta.
Zagryzłem nieco dolną wargę, uśmiechnąłem się lekko, celowo, nieśmiało.
– Nieco problemów z policją, proszę pana. Nic poważnego, oczywiście, tylko młodzi ludzie są niemądrzy, a wręcz głupi. Mój kuzyn zasugerował, abym się tu przeprowadził. Powiedział, że pan jest dobrym szefem. Oraz, że plaże są niesamowite.
– Tak, Zhoumi wspominał mi – przyznał, ciągle wodząc wzrokiem po mnie z góry na dół. – Dopytałem się także o twoje... problemy, w Pekinie. – W jednej chwili spiąłem się. Powinienem się spodziewać, że będzie grzebał w mojej przeszłości. – Głupie, młodzieńcze wybryki, ale wszyscy już to przechodziliśmy.
Junxiang uśmiechnął się. Gestem dłoni zaprosił mnie do pójścia za nim w dół brukowaną ścieżką. Było coś władczego w tym mężczyźnie. Wydawał się być urodzony z tą mocą, którą wiedział jak wykorzystać: pozornie szczery uśmiech, wydawał się być świetną bronią. Ta moc nie przychodziła z wiekiem ani pieniędzmi, lecz z przebiegłości i bezwzględności.
– Nie zrozum tego w zły sposób, nie interesowałoby mnie to zbytnio, co przeskrobałeś w tym brudnym mieście, jednak wolę być ostrożny, rozumiesz? Dzieciaki tutaj... spędzają za dużo czasu na imprezowaniu z cudzoziemcami, którzy są w porcie. Plaża ich samozadowoli. – Uśmiechnął się szerzej. – Tak więc nowy start, młody. Sanyau to świetne miejsce na to. Wiem, że wygląda to na zupełne pustkowie, ale będziesz miał mnóstwo okazji do odwiedzenia miasta, aby się zabawić. Nie martw się o to. Lay lubi miasto. Ach, o wilku mowa...
Ścieżka skończyła się, a nagły błysk światła oślepił mnie. Ogród był duży, otwarty, basen na samym końcu, pozwalał delikatnie spływać wodzie strumieniami z klifu. Widok zapierał dech w piersi. Kryształowe, czyste niebo rozpościerało się nad nami. Zajęło mi parę sekund uświadomienie sobie, że ktoś leży na leżaku tuż przy basenie.
Żadne zdjęcie w magazynach nie mogło przygotować mnie  i moich oczu na widok tego chłopaka. Mleczna skóra, pulchne, różowe usta. W pełnej rozdzielczości, żyjący, oddychający obraz mężczyzny, który pochodzi z okładek magazynów modowych. Pół nagi, ciemne włosy nadal wilgotne od wody zaczesane miał do tyłu, ciemne szorty luźno zwisały z jego bioder odsłaniając gładką, nie tkniętą słońcem skórę. Był chudy, miał smukłe ramiona i lekko wyrzeźbione mięśnie brzucha –  obraz czystej perfekcji. Zastanawiało mnie to, jak przy takiej pogodzie nie opalił się nawet odrobinę. Przełknąłem ciężko ślinę.
– Lay, podejdź tutaj – Junxiang zawołał go przywołując gestem ręki. Młody mężczyzna wstał i podszedł szczupłymi placami roztrzepując włosy przez co zaczęły opadać na jego twarz delikatnymi falami.
Trudno było się nie gapić, ponieważ, cholera, ten chłopak – Lay – wyglądał jak obraz idealnego kochanka, trofeum ze snów, dla każdego rozpustnego milionera. Delikatna i smukła linia szczęki, ciemne tęczówki, pożądana podwójna powieka i te usta... z bliska, pełne, różowe, posiadanie ich to grzech. Wykonywały doskonały, naturalny dąs, miękkie, połyskujące od wilgoci. Lay poruszał się z gracją, zmysłowością, niczym leniwa pantera rozkoszująca się słońcem i przyciągająca spojrzenia wszystkich rywali. Był niski, znacznie niższy niż Junxiang. Spacerując boso, jego długie nogi wyglądały jakby nie miały końca. Ruch mięśni pod luźnymi szortami ściągał mój wzrok na perfekcyjne łydki i uda.
Ten ideał stanął tuż obok Junxianga i posłał mi spojrzenie, które uniemożliwiało określenie go jako znudzonego, śpiącego, czy też może to jego naturalny wyraz twarzy. Było coś w obecności Laya, ale nie do końca wiedziałem co. Nasze oczy spotkały się na kilka sekund, po czym ramię biznesmena owinęło się wokół jego pasa i przyciągnął go do swojego boku. Te pełne usta rozchyliły się podczas łączenia w pocałunku.
Zauważyłem jak ciało młodego chłopaka zesztywniało na ułamek sekundy, ale i tak pocałunek został pogłębiony. Zrelaksował się zupełnie dopiero pod wpływem dotyku, zamknął oczy rozpoczynając łapczywy taniec języków i ust.  Palce Junxianga błądziły po bladej skórze, po dolnej części jego pleców dosłownie tuż nad linią szortów. Przełknąłem ślinę nie wiedząc gdzie patrzeć, ponieważ oni praktycznie obściskiwali się na przeciwko mnie. Usta, język i biodra Laya przyciśnięte do boku mężczyzny, mięśnie poruszały się i połyskiwały od letniego słońca. Nawet gdybym nie patrzył, nie sposób było przegapić dźwięku mokrych pocałunków, ani cichego dyszenia. Młodszy wydał z siebie niski odgłos, który więzł mu w gardle. Jego głos był znacznie delikatniejszy niż się spodziewałem i słał dziki dreszcz wzdłuż mojego kręgosłupa.
To było za wiele jak na powitalny pocałunek, a ja wiedziałem aż za dobrze co to miało znaczyć. Pokaz posiadania. He Jun Xiang uświadamiał mi co jest jego – Lay jest bez podważalnie zakazany. To było ostrzeżenie: mogę patrzeć, nie dotykać.
Kiedy biznesmen w końcu się odsunął, na ustach jego zabaweczki czaił się delikatny uśmieszek. Nadal trzymał się starszego, dlatego ostrożnie odwróciłem wzrok. Junxiang szarpnął swojego kochanka bliżej i wreszcie spojrzał na mnie.
– Chciałbym ci przedstawić Krisa Wu. Będzie twoim nowym kierowcą i ochroniarzem.
Uśmiech z twarzy Laya nagle zniknął, po czym odsunął się od starszego mężczyzny. Mogłem jasno stwierdzić, że w tej chwili daleko było mu do zadowolenia.
– Co? Mówiłem ci, że nie potrzebuję niańki.
– Rozmawialiśmy już o tym. – Mężczyzna objął młodszego, ale ten wyrwał się ponownie. – On nie jest twoją opiekunką. Wiesz, że potrzebujesz ochrony od ostatnich dni. Jest nagroda za twoją głowę, a ja nie mam zamiaru ryzykować po tym, jak twój samochód eksplodował na środku, pieprzonej ulicy w zeszłym tygodniu.
– Umiem o siebie zadbać, Junxiang. Nie jestem bezradnym, małym dzieciakiem. Byłem z daleka od tego wypadku i jestem cały, tak? – Lay nie wyglądał na szczęśliwego, ale nie podniósł głosu. To jak przeciągał nisko samogłoski z południowym akcentem, wydawało mi się dziwnie atrakcyjne.
Żaden z nas nie był przygotowany na nagły strzał ręki Junxianga, który brutalnie złapał szczękę młodszego, wbijając palce w jego szyję. Pełne wargi rozchyliły się w cichym skamleniu z bólu, przy którym palce mojego szefa mocniej zaciskały się w aksamitną skórę.
– Nie słuchałeś tego co mówiłem do ciebie przez cały tydzień? Nie wiem jakie szczęście miałeś, że udało ci się wyjść z tego bez żadnej skazy, odkąd Kim Joonmyun postanowił puścić twój samochód z dymem, ale nie jesteś pieprzonym kotem, który ma dziewięć, cholernych żyć, Lay – głos mężczyzny był niski, ostry. – Jeżeli myślisz, że pozwolę małej, mściwej armii płatnych morderców Joonmyuna, rozsadzić cię na małe kawałeczki, tylko dlatego, że ubzdurałeś sobie trochę wolności... trochę za dużo wolności, pomyśl lepiej jeszcze raz.
Chłopak wydał z siebie kolejny, bolesny jęk, gdzie Junxiang potrząsnął nim. Stałem niczym wryty, napięty obserwując jak palce Laya zaciskają się na nadgarstku ręki, która trzymała go za szyję.
– Bądź grzecznym chłopcem i pozwól temu miłemu, młodemu człowiekowi towarzyszyć ci na mieście, a wszyscy będziemy szczęśliwi. Rozumiemy się?
Junxiang uśmiechnął się ponownie, ale tym razem widziałem sposób w jaki jego oczy były bezlitośnie zimne i ostre. To sprawiło, że żołądek z nerwowo skręcił mi się. Natomiast spojrzenie Laya płonęło przekorą, mimo że zaczynał robić się czerwony boleśnie na twarzy od silnego uścisku kochanka.
W jednej chwili cała wola walki spłynęła z niego. Opuścił ramiona i wzrok. Ręka Junxianga cofnęła się, a młodszy chłopak stanął z powrotem na pełnych nogach łapiąc się pośpiesznie za szyję. Nie spojrzał na żadnego z nas, zagryzał jedynie wargę, a  na jego nieskazitelnej skórze widniały czerwone ślady, które powstały na moich oczach.
– Hej – głos szefa złagodniał, kiedy delikatnie pogłaskał policzek Laya, ignorując to jak wzdrygnął się. – Po prostu się o ciebie troszczę. To tylko na kilka tygodni, dobrze? Jeżeli będziesz współpracował, szybko przez to przejdziemy.
Chłopak nie powiedział nic, ale widziałem jak na ułamek sekundy lgnie do dotyku, po czym odsunął się. Junxiang skinął głową, najwyraźniej usatysfakcjonowany, odwrócił się i podszedł do mnie. Był spokojny, zrelaksowany. Poklepał mnie po ramieniu, gdy przechodził, jednak w tym momencie poczułem, jak zimne uczucie pędzi do mojej głowy. Obraz ostrego noża wyłaniającego się spod koszuli i tryskającej na ziemię krwi stanął mi przed oczami. Moja ręka natychmiast poszła w górę łapiąc starszego mężczyznę za nadgarstek, a szarpnięcie ciała w tył było czystym instynktem. To wszystko wydarzyło się w ułamku sekundy, kiedy spojrzałem w górę, ostrze noża w ręku Junxianga zadrasnęło zaledwie skórę na mojej dłoni. Zmarszczyłem brwi. Biznesmen wydawał się dziwnie zadowolony uśmiechając się.
 – Jesteś szybki. Szybszy niż wszyscy inni, którzy przyszli zapytać o tę pracę, albo masz dość ostrą intuicję – mężczyzna uśmiechnął się znacznie szerzej. Czułem jak moje serce wali w piersi, gdy wyrywał swoją rękę z mojego uścisku. Przesunął palcami po rękojeści noża niemal z czułością. Musiał go chować gdzieś w rękawie koszuli. – Zaczynasz od jutra, Kris – poklepał mnie po ramieniu.
Test. Mój oddech drżał. Letnie słońce grzało mnie w plecy, ale czułem się zmarznięty. Jeżeli nie zadziałałbym wystarczająco szybko, nóż wbiłby się w mój nadgarstek.
Gdy w końcu uniosłem wzrok, ujrzałem Laya, patrzącego na mnie oczyma ciemnymi i błagającymi.

*
– He Jun Xiang, dowódca zagranicznych statków, międzynarodowy, największy handlarz bronią Chińskiej Republice Ludowej. Siedziba w Sanyau przy jednym z największych portów. Gruba ryba w handlu bronią w rejonie Pacyfiku. W ciągu ostatnich dwóch dekad, jego flota przewiozła miliony ton ładunku: AK-47s, karabiny snajperskie, amunicja, moździerze, rakiety, granaty, C-4, plastikowe materiały wybuchowe. Czegokolwiek zapragnie, dostanie. Sprzedaje w wielu przepadkach obu stronom konfliktów, na czym zbił fortunę. Nie ma klienta, z którym nie miał do czynienia. He Jun Xiang maczał palce w wielu konfliktach politycznych, mimo że do żadnej partii nie należy.
Ekran wyrzucał całe nakłady fotografii biznesmena, który ściskał dłonie różnym politykom z całej Azji i rejonu Pacyfiku. Mężczyzna był wysoki i szczupły, olśniewał postawą, jakby unosił się nad innymi. Przypominał mi panterę, zwinną i niebezpieczną, zawsze ubrany w modny garnitur, włosy zaczesane do tyłu. Zawsze uśmiechnięty, mimo że emocje nie dosięgały oczu. Nawet na rozmazanych pikselach obrazka z jego tęczówek bił zimny blask, który sprawiał, że dreszcze wędrowały wzdłuż mojego kręgosłupa.
– Skoro wykonuje takie operacje od dwóch dekad, to dlaczego nie został jeszcze złapany?
Niebieskie światło projektora przeszywało twarz Luhana, nie zostawiał mi żadnej wskazówki o uczuciach jakimi darzył człowieka, na temat którego rozmawiamy. Jego głos był spokojny, delikatny, jakbyśmy przyglądali się profilowi wiejskiego nauczyciela.
– Technicznie nie ma w prawie słowa, o zakazie handlu bronią pomiędzy Chinami i innymi krajami. Jest szara strefa, jednak ciężko złapać przez to dilerów. He Jun Xiang jest także wspierany przez wielu znaczących polityków, nawet przez wysoko ustawionych przedstawicieli rządu. Jego biznes jest ważny dla wielu osób – Luhan zatrzymał się na jednym zdjęciu i zarówno ja jak i Minseok wciągnęliśmy gwałtownie powietrze. Rozpoznaliśmy mężczyznę, z którym Junxiang był na zdjęciu – obecny szef Ministerstwa Obrony. – Jego działalność dopiero od niedawna wzbudza niepokój, odkąd ruszyły plotki. Podobno chce sprzedać krajowy system technologii zbrojeniowej do... klienta, który może stać się zagrożeniem dla kraju. Na razie nie mamy na to wyraźnych dowodów, ale ufamy naszym źródłom. To punkt, w którym wkraczasz ty.
– Jesteś pewny? – przerwał niepewnie Minseok krzywiąc się. Rzucił w moim kierunku szybkie, nerwowe spojrzenie zanim kontynuował. – Wufan jest naszym najlepszym agentem terenowym w NIS, on prawie nic nie wie o tej sprawie...
– Nie martw się, dostanie wszelkie informacje – Luhan podszedł w moim kierunku.
Zmrużyłem oczy, czując jak jego dłoń spoczywa na mojej. Nagły chłód przebrnął po mojej skórze i…
Błysk... Długi, jasny korytarz otwarł się w moim umyśle, jasne światło, jakby wyciągano ze mnie duszę... Błysk…
Bezsenna noc spędzona nad systemem monitorującym, dziesiątkami komputerów migoczących przede mną, numery, słowa, obrazy oraz rytmiczny, zielony kod. Moje oczy płonęły z wyczerpania lub żalu, nie jestem do końca pewny. Świat był strasznie cichy. Jedyne co słyszałem to chrapliwy oddech.
Błysk... Twarz He Jun Xianga. Bystre oczy, uprzejmy uśmiech. Błysk...
Moja ręka drgnęła, więc szybko ją szarpnąłem. Serce dudniło szaleńczo w mojej piersi. Skórę na grzbiecie dłoni ogarnął chłód. Luhan wyszedł.

*

Lay mówił w miejscowym dialekcie Sanyau, zaciągając słowa szorstko, obco. Ubrany był w jasną, fioletową bluzkę i obcisłe, bordowe spodnie. Wyglądał znacznie bardziej codziennie, niż podczas naszego pierwszego spotkania, gdy wylegiwał się pół nagi przy basenie. W mojej głowie trwała ciągła projekcja wszystkich zdjęć Laya będącego w towarzystwie Junxianga. Na ekranie przesuwały się setki fotografii, a moja uwaga skupiała się na śnieżnobiałej skórze i pełnych, różanych wargach. Był ubrany w głęboką czerń niemal zawsze. Ten kolor podkreślał alabastrową, piękną skórę, sprawiając, że wyglądał jak książę lodu z płonącego w słońcu kraju. Dzisiejszego dnia dowiedziałem się, że czarny nie jest jego ulubionym kolorem. To było tylko spełnianiem zachcianki jego kochanka, który uwielbiał go tak kontrastującego.
Lay zawsze siedział cicho na tylnym siedzeniu czarnego, eleganckiego BMW, które wybrał z niewielkiej kolekcji Junxianga. Dyskomfort bił z jego postawy, z napiętych ramiona. Czasami łapaliśmy nasze spojrzenia w wstecznym lusterku. Czasami wiercił mi dziurę w głowie tak mocno, że nawet upał nie mógł w taki sposób rozpraszać. Woziłem go po mieście: na siłownię, do banku, klubu EXO – położonego przy największej plaży na wyspie Hainan. Junxiang był właścicielem tego największego w mieście klubu nocnego, który powierzył swojemu kochankowi.
– Potrzebujesz nowej fryzury. Wyglądasz błaho z takimi włosami – powiedział z tylnego siedzenia, gdy nasze oczy spotkały się w odbiciu lusterka. – Chodźmy dzisiaj na plażę, Pekiński chłopaczku.
Chłopak zaciągnął mnie do małych stoisk i ekskluzywnych restauracji na głównej plaży, gdzie dosłownie pochłonęliśmy owoce morza, słodkie ciasta, czy przepyszną zupę rybną. Hainan było jedną z najchętniej odwiedzanych wysp w Chinach ze względu na nieskazitelnie czystą wodę. Często nazywana jest także chińskimi Karaibami. Ludzie rozkładali się na leżakach, pływali w oceanie i popijali zimne piwo.
Lay przykładał do policzków kufel, zamiast pić jego zawartość. Moje oczy dostrzegły jak kropelka potu spływała po idealnie zarysowanej szyi. Powietrze było dusząco gorące, słone i ciężkie. Przesunąłem dłonią po opadających włosach zgarniając je w tył, a Lay uśmiechnął się dziwnie rozbawiony.
– Dobrze tak wyglądasz. Teraz przydałoby się trochę ekspresji na twoją kamienną twarz.
Parsknąłem śmiechem, patrząc z zakłopotaniem w ziemię.
– To nie tak, że Junxianga naprawdę obchodzi, czy żyję czy nie, wiesz? – Lay roześmiał się po czwartym piwie. Wracaliśmy właśnie samochodem do apartamentu, a chłopak siedział niedbale na siedzeniu tuż obok. – Naprawdę mnie to nie obchodzi. To po prostu dla niego zasada. To była niekompetencja i takie rzeczy się dzieją. Biznes to biznes, ale czasami jest to jak jakieś cholerne pole bitwy. Kochanek Kim Jongina, był tylko pechowym gnojkiem w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym czasie. Więc teraz jest spora sumka za moja głowę. – Chłopak pociągnął łyk piwa. Jabłko Adama kołysało się, gdy połykał, a usta ciasno owijał wokół szyjki butelki. Wszystkie okna w samochodzie były uchylone, aby chłodne, wieczorne powietrze muskało nasze policzki. – Junxiang nie pozwoliłby mi umrzeć, ponieważ nie chce stracić swojego białego króla. Jestem po prostu naprawdę strategicznym pionkiem.

*

Kolejny zamach na Laya nadszedł o wiele wcześniej niż się spodziewałem.
Pamiętam patrzącego na nas w odbiciu lustra windy nastoletniego bruneta, z migoczącymi, szczenięcymi oczami. Nie spodziewałem się, że osoba z taką twarzą może pozbawić człowieka tchu. Dostrzegłem jak przez mgłę błysk noża, a krew nagle zmieniła się w lód. Odnalazłem powoli nadgarstek Laya i starałem się go szarpnąć, aby znalazł się za mną. Moje ruchy były wolne, tak samo jak oczy śledzące dwójkę ludzi stojących przed nami. Widziałem jak Lay unosi brwi, ale nie było czasu na wyjaśnienia.
Winda zatrzymała się w tym samym czasie, gdy wysiadł prąd, a przestrzeń wokół nas pogrążyła się w ciemności. Nagłe szarpnięcie rzuciło nas w tył. Natychmiast pociągnąłem Laya za rękę, pchając mężczyznę za nim. Ledwo słyszałem jego głos poprzez chaos, kiedy coś ciężkiego na mnie spadło.
Zduszony bulgot. Klnąc w myślach zrzuciłem z siebie ciężkie, martwe ciało. Moje opuszki stały się wilgotne i ciepłe, to wystarczyło abym wiedział, bez patrzenia, że jest to wysoki, tęgi mężczyzna, który musiał utknąć pomiędzy mną a mordercą. Miał teraz poderżnięte gardło, jego krew zalewała podłogę windy. Czułem jak zbliża się w moi kierunku ostrze jeszcze zanim to się wydarzyło. Dzięki czystemu szczęściu odsunąłem się na tyle szybko, że zdołałem uniknąć ataku.
Dzieciak był szalenie szybki. Poza tym i tak odbiegał od normalnego nastolatka. Mimo usilnej obrony, starałem się trzymać z daleka od ataków przeciwnika. Uderzyłem, czując jak moja pięść ląduje mocno w czymś miękkim, a po chwili chłopak zatrzymał się. Wykorzystałem sytuację i złapałem go odwracając w stalowym uścisku plecami do siebie, trzymając jego rękę. Usłyszałem brzęk upadającego na podłogę noża. Nie spodziewałem się jednak, że w tej samej chwili, nie wiedzieć skąd, kolejne ostrze pojawi się i gładko przejdzie przez materiał mojej koszuli i skórę. Ledwo poczułem ból, a krew spłynęła mi wzdłuż ręki. Zasyczałem, moje chwilowe zdekoncentrowanie zostało wykorzystane. Chłopak ostro cofnął nas i uderzyłem głową o lustro z głośnym trzaskiem.
Obraz przede mną eksplodował bielą, chwiałem się na nogach i powoli opadałem na kolana. Ból wybuchł z tyłu mojej głowy, mrowienie w ręce pogarszało sytuację. Szybko chwyciłem za kawałek rozbitego szkła. Czułem jak przeciwnik zbliża się. Czerwone Converse'y, ciemne dżinsy znalazły się przede mną. Ostrze pruło w dół jeszcze zanim je ujrzałem.
Nagle wszystko zniknęło. Z cichym okrzykiem zdziwienia zauważyłem, że jego obecność zniknęła. Szybka i intensywna walka za mną wybuchła tak samo szybko, jak się zakończyła. Nagłe, głośne przekleństwa, krzyki po koreańsku, szczękanie nad naszymi głowami. Zanim zorientowałem się co się dzieje winda zadrżała, zasilanie wróciło i zaczęliśmy jechać w dół. Nadal mój obraz zachodził białymi plamami, kiedy światło zabłysnęło zostałem porażony widokiem martwego ciała. Wokół szyi mężczyzny była spora plama krwi. Lay klęczał po drugiej strony niewielkiego pomieszczenia mając prawą ręką pokrytą w czerwieni. Brązowowłosy Koreańczyk zdołał uciec przez dziurę w suficie.
– To nie moja krew – powiedział Lay, patrząc na mnie ciemnymi, przenikliwymi oczami, gdy dotknąłem jego ramienia.
Nie byłem w stanie nic zobaczyć przez wszechogarniającą ciemność windy, w której utknęliśmy. Jednak nie byłem na tyle głupi, aby uwierzyć, że to wyłącznie łut szczęścia, kiedy Lay zatopił nóż w wnętrznościach słodkiego, nastoletniego, koreańskiego chłopaka. Nie był on nawet tym za kogo go brałem, lecz seryjnym zabójcą z Seulu.
Czułem ciepłą, lepką krew pod swoimi palcami. Nagły przypływ emocji sprawił, że zapłonąłem ciepłem. Dotykając Laya poczułem się jakbym wrócił do domu. Deja vous zaciągnęło moją świadomość do jesiennego dnia, jeszcze gdy byłem w liceum.

*

Kiedy miałem szesnaście lat poznałem chłopaka na dachu swojego liceum. Zawsze uważałem to za nieco banalne i oklepane, ale tak naprawdę śledziłem go prawie całymi dniami. Nawet nie byliśmy w tej samej klasie i widywałem go jedynie przez ułamek sekundy na każdej przerwie, jednak było coś pociągającego w tym chłopaku. Coś znajomego. Coś niepokojącego.
Miał na imię Yixing. Blada  skóra, pełne usta, niewiarygodnie smukłe nogi, wesołe oczy zmieniały się podczas uśmiechu w dwa półksiężyce, gdy obaj zalewaliśmy się śmiechem opowiadając głupie żarty. Może troszkę się w nim zakochałem. Może całowałem się z nim po raz pierwszy na dachu. Nie mogłem nic zrobić z przywiązaniem do tego chłopaka, ponieważ Yixing wydawał się być zupełnie pusty pod moim dotykiem.
Dorastając zawsze byłem otaczany przez hałasy warujące w mojej głowie. Myśli, emocje, obrazy, wrażenia. Sprawy, które nie miały szans na poznanie, ponieważ należały one do ludzi wokół mnie. Oduczyłem się mówić tego, czego nie powinienem wiedzieć w wieku dziesięciu lat. Rodzice wariowali z początku, jednak gdy postanowiłem milczeć, zakładali że moja niesamowita „intuicja" odeszła, a nasze życie rodzinne wróciło do normy. Nauczyłem się ignorować hałasy z otoczenia, unikałem tłumów i fizycznego kontaktu. Dopóki nie poznałem Yixinga, osoby, która nie wywoływała we mnie nic, gdy go dotknąłem po raz pierwszy. Początkowo byłem wystraszony. Nagle nie mogłem odczytać jego osoby. To było porywające. Nie mogłem przestać go dotykać, przesuwałem palcami wokół jego nadgarstków, głaskałem go po plecach, szyi, pełnych wargach. Poznawałem zmysł dotyku na nowo. Zawsze obrazy i hałasy fałszowały wrażenie, jakie powinienem doznawać.
Yixing śmiał się, ale nauczył mnie osłaniać umysł. Nie był jak ja, ale wiedział jak zablokować hałas wewnątrz mojej głowy. Całował mnie. Dotyk jego palców na mojej twarzy był gorący i nieznośnie bolesny. Dzięki temu nauczyłem się... krok po kroku.
Przeprowadził się rok później i nigdy więcej się nie spotkaliśmy. Okropnie szczera, głupia, nastoletnia miłość.
Około dziesięć lat później, zacząłem zastanawiać się, czy aby na pewno nie uroiłem sobie tego. Biłem rekordy w przeszukiwaniu najdokładniejszej i najobszerniejszej publicznej bazy danych, opracowanej i przechowywanej przez najpotężniejszą w kraju agencję podziemnego wywiadu. Nie było w ewidencji szkół Zhang Yixinga. Przynajmniej nie tego, którego szukałem. Próbowałem każdej wyszukiwarki, każdego tropu, każdego szczegółu jaki pamiętałem na jego temat. Adres. Imię siostry. Nic. Nie było żadnego Zhanga Yixinga w Liceum Beijing Sizhong, na moim roczniku. Komputer mówił wyraźnie, że taka osoba nie istnieje. Każdy ślad o nim został wymazany.
Nie znałem zbytnio ludzi w Sanyau, w biurze NSS. Przeniosłem się z pekińskiej siedziby, ale bystre, stanowcze oczy Huang Zitao i jego dystans do polityki „czuj się jak u siebie w domu" nie pozostawiało mi wyboru, mimo ogromnego zaufania jakim go darzyłem. Jest on najbardziej przebiegłym hakerem w Chińskiej Republice Ludowej.
– Wnoszę, że Luhan nie musi o tym wiedzieć. – Zitao uśmiechnął się.
– Ma na imię Zhang Yixing. Chcę wiedzieć, czy jest o nim cokolwiek w bazie danych wydziały.
– Wiesz, że używamy jej tylko do zdobycia informacji na temat sprawy, prawda?
– Tylko jedno, szybkie zerknięcie. – Wciągnąłem na usta jeden ze swoich najpiękniejszych uśmiechów i obietnicę kolacji w drogiej restauracji. To działało na większość ludzi w starym biurze NIS, wliczając w to moją główną ofiarę, czyli szefa Huang Zitao. Nagle mi go zaczęło brakować.
Zitao zacisnął usta, ale wiedziałem, że wygrałem wojnę.
Następnym razem, gdy się spotkaliśmy zapraszał mnie na kawę. Sądząc po ciasnym uśmiechu i twardym spojrzeniu, nie wyglądało to jakby miało być to spotkanie towarzyskie.

*

Luhan sprawiał, że czułem się nieswojo. Było coś w tym małym mężczyźnie, co gwałtownie schładzało moją krew od pierwszego dnia, gdy przyjechał odebrać mnie z siedziby NIS w Pekinu. Blada skóra, twarz dziecka, duże, ciemne oczy śledzące każdy ruch, dłonie ułożone na kolanach, gdy siedział. Zawsze ubrany w modny garnitur, blond włosy ułożone nienagannie. Wyglądał nazbyt młodo... Czułem, że jest zbyt kontrolujący, zbyt zamknięty. Agent Luhan z NSS, prowadził śledztwo w sprawie He Jun Xianga. Minseok wypluwał z siebie wprowadzenie z rażącym niesmakiem.
Jeżeli chiński Natiolan Intelligence Service (w skrócie NIS) zajmowała się ukrywaniem brudów politycznych walk i narodowego wstydu, NSS było tymi brudami. Skrót od Natiolna Security Service. Zajmowali się oni tajnymi operacjami, misjami chroniącymi kraj za wszelką cenę. Zawsze towarzyszyły temu pogłoski o zabójstwach, porwaniach, jednak istnienie NSS było ściśle nieoficjalnym i kompletnym mitem, aż do skandalu sześć lat temu. Organizacja została zmuszona do połowicznego ujawnienia się, wyłącznie do najważniejszych organów rządowych.
NSS nadal trzyma się we własnym gronie, większość agentów to kompletna tajemnica. Mity budowane wokół organizacji w większości dotyczą okrucieństwa i bezwzględności członków, lekceważenia wszelkich kodeksów, a przede wszystkim – bezkarności.
To nie tak, że zawsze wyobrażałem sobie ich jako psychicznych morderców, ale coś podobnego. Czasami gdy patrzyłem na małe dłonie Luhana było mi daleko od wyobrażeń, jak zaciska je wokół mojej szyi.
Sześć lat temu, NSS wypróbowało tajną operację, dzięki której chcieli dostać się do i rozbić organizację He Jun Xianga. Doprowadziła ona do największej pomyłki w historii agencji. Zginęli wykwalifikowani działacze i zmuszono NSS do poważnych zmian w polityce – część agentów została na wpół ujawniona oraz firma zobowiązała się do współpracy z innymi organami rządowymi. Słyszałem wszelkie plotki na temat katastrofy, która naraziła NSS. To była misja, o której każdy wiedział, mimo że nikt nie zdawał sobie sprawy co ma na celu i na czym polega. Wszystko co kiedykolwiek mieli, to plotki i spekulacje.
Nieoficjalna historia była przykrywką tajnego agenta i została naruszona przez spierdolenie głównej sprawy. Został on zamordowany własnoręcznie przez He Jun Xianga.
– To był błąd, którego nie zamierzamy tym razem powtórzyć – powiedział Luhan.
Wtedy pierwszy raz widziałem, jak spokojna i lodowata twarz pęka. Słabo zamigotały emocje, jednak uderzyły mnie wskroś. Było w tym coś... druzgoczącego. Minseok wyjawił mi, że tajny agent nigdy nie zmarł, lecz zamienił się w jednego z łotrów pracujących dla Junxianga. To była ta pomyłka, która stała się skandalem, a NSS starała się ją zatuszować śmiercią agenta. Luhan nigdy nie powiedział, dlaczego akurat mnie wybrano z całego NIS, do wznowieniu po sześciu latach tajnej operacji unicestwienia Junxianga.

*

– Znalazłem Zhang Yixinga. To może być ten o którym mówiłeś – Zitao powiedział, gdy piliśmy kawę w całodobowej kawiarence niedaleko naszego biura w Sanyau.
W późnych godzinach nocnych nie było tu ruchu. Zaledwie my dwaj sączyliśmy mocne latte. Starałem się żartować, jednak Zitao ledwo zdołał się pokusić na drobny uśmiech. Zaniepokoiłem się, gdy nagle skulił się w sobie wodząc co chwila oczami na boki, jakby się rozglądał, sprawdzał czy nikt nas nie podsłuchuje.
– Zhang Yixing, oznaczony jako „martwy" od sześciu lat.
Gwałtownie zachłysnąłem się powietrzem.
– Znalazłem go powiązanego z sprawą He Jun Xianga. – Obniżył głos. – Nie obecną, lecz tą sprzed sześciu lat, tą o której wszyscy mówili. Jesteś pewny, że to jest coś do czego powinieneś mnie namawiać bez zgody Luhana? Skąd ty w ogóle go znasz? Udało mi się go wygrzebać tylko dlatego, że podałeś mi jego pełne imię i nazwisko. Nie było żadnego widocznego linku do jego profilu z głównego folderu. Wiesz co oznacza, jeżeli kogoś publiczny rejestr jest wyczyszczony, prawda?
Oczywiście, że wiedziałem co to oznacza, ponieważ to samo przydarzyło się mi. Profil należy do tajnego agenta. Nowe życie zostało wprowadzone, stare skasowane. Jakaś część mnie się tego spodziewała, ale i tak prawda była oszałamiająca.
– Jest problem... Nie mogłem otworzyć jego akt – dodał po chwili Jongdae wyraźnie zaniepokojony.
Zmarszczyłem brwi mocniej obejmując kubek z kawą.
– Dlaczego nie?
– Nie wiem dlaczego, ale wydaje się jakby był on na innej bazie danych. Plik był oznaczony jako „tajne", ale normalnie nie mam problemów z otwarciem, jeżeli są one w systemie NSS. Ten... odsyła gdzieś na zewnątrz. Do systemu, który jest o wiele mocniej zaszyfrowany, niż nasz. Jest jeszcze jedna dziwna rzecz. Jest oznaczony jako martwy, jednak status profilu nie został zdezaktywowany. Oczywiście, może to być biurokratyczna pomyłka, ale nie wierzę w zbiegi okoliczności w NSS. Nie śmiałem tego dotknąć, ponieważ nie mam pojęcia gdzie to prowadzi. Wiesz Wufan? – Patrzył na mnie przenikliwie.
– Ja... Nie. Nie wiem. – Pokręciłem słabo głową.
Jedyne co wiedziałem, to to, że Zhang Yixing zdecydowanie nie był martwy.

*

Szybko zdałem sobie sprawę z tego, że potrzebą Laya nie była ochrona. Przynajmniej nie taki rodzaj jakiego oczekiwał Junxiang. Chłopak poruszał się z leniwą gracją pełną beztroski i zaufania, ponieważ na to zarobił. Miał kręgosłup ze stali i widziałem to w jego ruchach. To osoba niebezpieczna w własnym prawie.
Kiedy patrzyłem na Laya nie widziałem Yixinga. Nie. Prawda jest taka, że widziałem Yixinga, który wyrósł na Laya z silnym, zgrabnym ciałem i ospałym kaprysem na ustach. Jednak niebezpieczna zmysłowość była daleka od pogodnego śmiechu, który pamiętałem sprzed dziesięciu lat. Z metropolii Pekinu do zalanych słońcem plaż Sanyau. Zastanawiam się, czy to możliwe. Wciąż pamiętam półnagie ciało Laya wyginające się pod zaborczym dotykiem Junxianga. Jego ruchy były kpiąco wdzięczne i uwodzicielskie. Nie mogłem wyobrazić sobie tego, aby Yixing zrobił coś podobnego.
A jednak dotknięcie Laya powodowało, że wracałem do domu, pełnego ciepła i intensywności naciskającej na głowę. Dawno, dawno temu czułem tą nachalność, ale teraz nie wiem czy to nie nostalgia sprawiała, że za nim tęskniłem.

*

Miałem zaledwie krótką chwilę na zastanowienie się, czy nie jestem aby za stary na to, jednak gdy Lay zaciągnął mnie na parkiet w EXO, w jedną sobotnią noc, z tymi bezwstydnymi oczami, zarozumiałym uśmieszkiem na ustach nie sposób było nie podążać za nim. Próbowałem się oprzeć ciepłym i natarczywym palcom na nadgarstku. To nie tak, że mogłem udawać, że nie gapię się przez cały czas jak Lay opróżnia kieliszki w pokoju VIP. To nie wystarczyło, abym dostał od niego w twarz, ale zdecydowanie alkohol spowodował, że poruszał biodrami przy moich nieco wolniej, niż jeśli miałby to być przypadkowy dotyk.  Klub był przeładowany seksownymi, młodymi ludźmi. Dudniący bas w piosenkach ułatwiał tłumowi zbliżyć nas do siebie. Szorstka tkanina ocierała się o oświetlaną co chwilę, nagą skórę.
Nie za bardzo chciałem patrzeć, jednak czasami moje oczy zahaczały na ślady na jego ciele – słaby siniak dookoła jego nadgarstka, zaczerwienione punkty tuż za kołnierzykiem koszuli. Są dni, kiedy schodzi po schodach, a jego usta wyglądają na bardziej wydatne i zaczerwienione niż zwykle. Byłoby grzechem nie patrzeć, jednak starałem się zatrzymać na tym – patrzę, nie dotykam tego nieosiągalnego księcia lodu.
Jednak to był Lay, który mnie dotykał, sprytnymi palcami zahaczył pasek moich dżinsów i głaskał nagą skórę pod koszulą. W moim brzuchu wybuchło szaleństwo, a Lay uśmiechał się tuż przy moim policzku owiewając swoim ciepłym oddechem moją twarz. Nacisk tłumu był tak ogromny, że nie trwało to zbyt długi nim ktoś pchnął go w moim kierunku. Nie zmarnował okazji na zbliżenie się do mnie, owinięcie ramiona wokół mojej szyi, wplecenie palców w moje włosy i ściśniecie ich. Wciągnąłem gwałtownie powietrze, czując jak wsuwa mi kolano między uda. Chwilę później trzyma on kontrolę nad ruchem bioder poruszając nimi w przód i w przód tak długo, aż otarł się o wybrzuszenie. Westchnąłem ciężko czując jak wystrzeliły fajerwerki wzdłuż mojego kręgosłupa.
Nie powinienem tego robić. Moje ręce odnalazły się na jego plecach, błądząc po nich, po szczupłych udach, wbijając palce w jędrny tyłek opięty przez dżinsowe, obcisłe spodnie. Zahaczyłem o jasną bokserkę odsłaniając lekko umięśniony brzuch. Wzdychałem przy niekończącej się mlecznej skórze, gdy odchylał głowę abym mógł uruchomić usta do wędrówki po jego szyi i obojczyku. Zapach rozpalonego ciała był mocny, odurzający. Lay przytulił policzek do boku mojej szyi, skubiąc mnie wargami, po chwili uniósł pijany wzrok, a ja odnalazłem w nim coś radosnego. Rozpalił w dole mojego brzucha dziwny płomień i nie umiałem oprzeć się chętnemu ciału jakie miałem w ramionach.
Wbijał zęby bardzo delikatnie w moją szyję, wylewając mokre ślady językiem aż do mojego ucha. Drgnąłem gwałtownie, a on westchnął najwyraźniej zadowolony z takiej reakcji. Nie wiedziałem, że jestem aż tak wrażliwy. Było ciepło, wilgotno, nie pamiętam kiedy ostatni raz podnieciłem się ocieraniem i napieraniem na drugie, zupełnie ubrane ciało. Bas dudnił w nas, pchał każdy mięsień w przód.  Pragnienie wrzało, przytłaczało, paliło skórę i napierało wprost do mojej głowy. Nagle... Otwarłem oczy, wyrwany z dotyku Laya. Zalała mnie fala nudności, gdy zdałem sobie sprawę z tego co robi.
Zamigotały ciemne tęczówki, nagły uśmiech na jego ustach nie był już tak radosny, lecz surowy, zimny. Bardziej czułem wewnątrz głowy niż usłyszałem słowa opuszczające miękkie usta. Słowa zagłuszone przez muzykę i hałaśliwy tłum.
– Wiem kim jesteś.
Nie było żadnej łagodności w sposobie w jakim cisnął mną o ścianę prywatnej łazienki w pokoju VIP. Podłoga słabo drżała pod nogami, ale było zdecydowanie ciszej. Nie było nikogo w pobliżu, kto usłyszałby Laya decydującego się zastrzelić mnie z pistoletu, który przyciskał do moich pleców. Metal był lodowaty, czułem to nawet przez materiał koszuli. Jak to możliwe, że do niedawna niewinna, niska i drobna osoba miała w sobie tyle siły i ostrości?
– Agent NIS Wu Yifan. Jak myślisz, co tu robisz? – Jego głos był niski, musiałem zmuszać własne ciało, aby zostało w bezruchu.
Lay wrócił do bycia pozbawionym emocji. Wcześniejsze ciepło całkowicie zniknęło.
 – Rozpoznałeś kim jestem.
– Co, myślisz że byłem aż tak głupi?                              
– Nie. Rozpoznałeś mnie. Przebrnąłeś drogę do mojej głowy, otwarłeś mój umysł, ponieważ to było znajome, prawda? To ty. Yixing – mówiłem zdyszany przy zimnych płytkach.
Może i ciepło odeszło, ale pobudzenie drżało nisko w moim wnętrzu. Zamknąłem oczy. Dociskany pistolet powoli zmniejszał nacisk.
– To było dawno temu. – Szorstki głos za mną stał się spokojniejszy. Nie mogłem powstrzymać zdyszanego śmiechu.
– Było. Nie tak wyobrażałem sobie spotkanie klasowe, ale wiem kim teraz jesteś. Zhang Yixing, tajny agent NSS.
Znikły problemy z oddychaniem tak samo jak pistolet. Jeszcze przez chwilę stałem w bezruchu, po czym odwróciłem się. Lay nadal trzymał broń w ręce celując we mnie. To osoba, która skręciłaby mi kark, jeżeli tylko by tego chciał.
– Twój rejestr publiczny jest całkowicie wyczyszczony, profil w systemie NSS równie dobrze może być niezauważalny i nie istniejący. Oznaczony jako „martwy", ale twoje konto nigdy nie zostało zamknięte, ani zawieszone. Jest wciąż aktywne, lecz zakopane głęboko, aby nikt nie mógł się do niego dostać. Nawet najlepszy haker NSS nie mógł go otworzyć, ale to mi wystarczyło abym wiedział. – Mój głos był lekki, jednak patrzyłem mu intensywnie w oczy z całą frustracją wywołaną kłamstwami i fałszem jaki słyszałem od ostatnich kilku tygodni. – Utwierdziłeś mnie w tym teraz. Jest jeden sposób na odnalezienie mojego profilu. Albo jesteś genialnym hakerem na poziomie wyższym niż najlepszy informatyk kraju, albo masz dostęp do bazy danych NSS. Tylko ty, nie He Jun Xiang, ponieważ jeszcze nie mam kuli osadzonej w głowie.
Lay zaciskał usta w wąską kreskę, trzymał pistolet w dłoni mierząc w cel niezachwianie.
– Sześć lat temu... Agent w tej tajnej operacji nie zmarł – kontynuowałem. Plotki Minseoka pulsowały w mojej głowie. – On nigdy nie umarł, ale także nie stał się jednym z łajdaków tej bandy. To była przykrywka. Zgaduję: aby oszukać oczy i uszy Junxianga w urzędzie. Ta misja sprzed sześciu lat... nadal trwa. Nie została przerwana.
Pistolet nadal mierzył we mnie, ciemny i groźny, ale gdy spojrzałem w oczy Laya, zobaczyłem to – przebłysk emocji, jakby jego maska została zerwana. Nastąpiła długa cisza. Opuścił ramiona i broń. Przez dłuższą chwilę patrzył na mnie, po czym odwrócił się mówiąc:
– Wiesz co mówią. Gdy nie możesz się wydostać, brnij w to głębiej.
W tej chwili Lay wyglądał o wiele starzej i mizerniej niż kiedykolwiek wcześnie. Nie było tu blasku. Zdałem sobie sprawę, że patrzę na Yixinga – tajnego agenta NSS, który spędził ostatnie siedem lat swojego życia będąc kimś kogo nienawidzi, balansując na granicy życia i śmierci każdego dnia u boku najgroźniejszego handlarza bronią Azji Wschodniej. Widziałem to w jego zmęczonych oczach. Siedem lat kłamstw i oszustw.
Nagle ujrzałem pistolet, ponownie celujący we mnie. Zaskoczony zrobiłem krok w tył, widząc minę Laya.
– Więc co tu robisz, agencie Wu Yifan? Nikt nie powiedział mi, że wysyłają kolejnego, więc zgaduje z twojej reakcji, że nie masz pojęcia w co się wpakowałeś.
– Naprawdę nie wiem – powiedziałem czując się gwałtownie zagubiony i niepewny. Myślałem o tym cały czas odkąd odkryłem tą informację. Każdy detal przetwarzałem na okrągło w głowie. – Nie chcieli mi powiedzieć nic na temat tej operacji sprzed sześciu lat. Zastanawiałem się nad tym co poszło nie tak. Zdałem sobie sprawę, że to byłeś ty... Yixing. Ja tylko... Nie mogłem sobie wyobrazić, że mógłbyś...
Twarz Laya drgnęła na dźwięk swojego imienia, jednak w następnej sekundzie jego usta wykrzywiły się połowicznie w grymasie i uśmiechu.
– Co? Że mógłbym przeprowadzić się do Sanyau i stać się trofeum, kochankiem, zabaweczką międzynarodowego milionera i kryminalisty?
– Ja tylko...
Głośna eksplozja wstrząsnęła budynkiem. Podłoga pod naszymi stopami zadrżała. Oboje potknęliśmy się, upadłem w przód prosto na marmurowy zlew, o który uderzyłem. Spojrzałem szybko na Laya, który wydawał się oszołomiony zanim wysiadł prąd, a pomieszczenie pochłonęła ciemność. Urwało się natarczywe dudnienie basu dobiegające z klubu piętro niżej.  Ten ułamek sekundy pełen ciszy, dudnienia w serc został rozerwany przez wrzaski i okrzyki z dołu.

*

Po rozsadzeniu ścian przez speca od materiałów wybuchowych i zamachu niemożliwie nieuchwytnego chińskiego zabójcy z mieczem, stwierdziłem, że nie mam szczęścia. Lay po trzecim zamachu na swoje życie wyszedł znowu bez szwanku.  Nie do końca widziałem walkę w windzie tydzień temu, jednak podziwiałem jak utorował drogę na tył rozpadającego się budynku u mojego boku. Jego ruchy były precyzyjne, ostre, działał szybko i dokładnie, przez co wyglądał jakby kierował się instynktem, czy posiadał trzecie oko. Mój „instynkt" miał większą przewagę, ale wiedziałem, że przeszedł trening na tajnego agenta, było to po nim widać. Empata projektywny na wysokim poziomie. Nie potrafił jednak wyczuć ludzi w taki sposób jak ja.
Stanowiliśmy perfekcyjny zespół. Krew buzowała w żyłach, gdy w końcu pchnąłem Laya w tylną alejkę unikając kolejnego gradu odłamków tynku pędzącego z ciemności. Złapałem gwałtownie drzwi, zanim zdążyły się zamknąć. Pchnąłem chłopaka do przodu. Nie biegliśmy zbyt długo, ponieważ kolejna eksplozja obróciła budynek w gruz. Ziemia zadrżała pod naszymi stopami i runąłem wraz z Layem na podłogę przygniatając go swoim ciałem.
– Kurwa – roześmiał się. Jego drżał od czystej adrenaliny. – Zapomniałem o tym, że wciąż jest pościg za mną.

Lay pędził drogą powrotną jak szalony. Ciepło kłębiło się pod moją skórą, gdy skręciliśmy w inną drogę z daleka od domu. Zatrzymaliśmy się na plaży Hainan. Miejsce wydawało się dziwnie martwe, cisza wisiała w powietrzu przerywana przez rytmiczny szum fal oceanu. Silnik zgasł. Yixing odwrócił się w moim kierunku mając w oczach dziki blask. Chwilę później przesiadł się na moje kolana i opuścił oparcie siedzenia. Z jękiem uderzyłem głową o nagłówek, gdy znalazłem się w pozycji leżącej. Lay na mnie, silne uda po obu stronach moich bokach, złączone usta i język głęboko w mojej buzi.
To było mokre, niechlujne, usta Laya tuż przy moich, pozwalając mi na połykanie jego cichych, zdyszanych dźwięków. Nasze języki splatały się, nie mogłem powstrzymać chęci zaciśnięcia zębów na pulchnej, dolnej wardze, niemal umierając od uzależniającego smaku. Mózg podsuwał mi obrazy z naszych pocałunków na dachu liceum, gdy mieliśmy szesnaście lat. Niepewne i słodkie z znikomą ilością tej namiętności. Spędzaliśmy całe popołudnia na obściskiwaniu się. Tylko całowanie i pieszczenie, do czasu jak oboje musieliśmy wrócić do domów z czerwonymi, spuchniętymi ustami.
Nacisk zwinnego, umięśnionego ciała nabrał zaskakującej zmysłowości. Nie chciałem się do tego przyznawać, jednak wciąż miałem ciasno, odkąd Lay ocierał się o mnie w klubie. Adrenalina walki tylko podsycała ogień krwi, skóra pachniała potem i pozostałością prochu. Lay mógł chcieć wymusić we mnie początkowo  pożądanie, aby zwrócić uwagę na rzecz zasadniczą, teraz jednak wiedział czego chce – naszych nagich, rozpalonych ciał przylegających do siebie ciasno.
Zdjąłem z niego ciasny podkoszulek. Chłopak roześmiał się unosząc, tylko po to, by zacząć ocierać się o mnie. Wędrowałem dłońmi po jego nagich plecach. Miał tak miękką skórę. Lay walczył z rozpięciem swoich jeansów w zamkniętej przestrzeni. W tym procesie kopnął drzwi, po czym pomogłem mu zdjąć dolną część garderoby z tych nieskończenie długich nóg wraz z bielizną. Moim oczom ukazały się seksowne uda i kształtny, jędrny tyłek. Spojrzał na mnie wyzywająco. Zajęło mi kilka minut, zanim zabrałem się za mlecznobiałe ciało wijące się nade mną.
Chłopak był na skraju cierpliwości, rozbierał mnie niedbale, prędko, chcąc jak najszybciej dobrać się do mojego penisa, a gdy to zrobił, poczułem jak zaczął ocierać nasze męskości o siebie. Był twardy i niesamowicie seksowny.
– Jesteś tego pewien? – wydyszałem.
Zwinne palce przesuwały po główce naszych penisów, które wyginały się ku sobie w bezradnej przyjemności. Lay odpowiedział pchnięciem bioder po raz kolejny, ocierając się mocniej, zagryzł zęby na mojej dolnej wardze, zasysając ją do swoich ust. Wbijając paznokcie w jego ramiona rozpocząłem wędrówkę w dół. Ledwo pamiętałem, że nie mogę zostawić śladów. He Jun Xiang nabiłby moją głowę na pal, gdyby wiedział co chciałem zrobić z jego cennym kochankiem.
Lay sięgnął do schowka, szarpnięciem otwarł go wyłaniając małą buteleczkę lubrykantu, po czym rzucił ją na siedzenie obok. Ile razy Junxiang musiał pieprzyć go w tym samochodzie? Zaczęło się we mnie gotować, paskudne poczucie zaborczości wrzeszczało: „Miałem go pierwszy!". Na długo przed He Jun Xiangem. Na długo przed tym całym biznesowym gównem NSS.
Lay z siebie ciche westchnienie, kiedy pierwszy palec wsunąłem w niego, mokry i gładki od żelu. Poruszałem nim w przód i tył, czując jak ciepło zasysa mnie. Skóra jego tyłka była jedwabiście miękka. Nie czekając zaczął lekko kołysać biodrami.  Z lekko rozchylonymi ustami  patrzył na mnie. Jego tęczówki były ciemne i pełne palącego pożądania. Nadal pieścił nas obu: ciągnąc w górę mocno i powoli. Musiałem zamknąć oczy, gdy palce Laya zacisnęły się ciaśniej u nasady naszych penisów, w momencie wsuwania trzeciego palca w jego wnętrze. Mógłbym robić to wiecznie tylko w taki sposób, wyciągając słodkie westchnienia i cichutkie jęki, lecz on już odsuwał się składając na moich ustach krótki pocałunek. Zanim zrobiłem cokolwiek więcej usiadł na mnie jednym, powolnym, płynnym ruchem. Przyjemność sprawiała, że kręciło mi się w głowie. Dyszał głośno przy mojej szczęce, palce zaciskając na włosach. Pozwalałem mu na poruszanie się w górę i dół według własnego widzi mi się.
Lay złapał mnie ręką za podbródek szarpiąc moją głowę w górę, a następnie złączył nasze czoła, pozwalając, aby gorące oddechy mieszały się ze sobą.
– Hej... Wiesz, że to nie tylko ja doprowadziłem do tego, prawda? To znaczy, wiesz, że nie jestem...
Wychyliłem się do pocałunku, do jego pulchnych, słodkich, zaczerwienionych warg.
– Wiem. – To była nasza wina. Zdesperowani do siebie, minął długi czas, odkąd się ostatnio widzieliśmy. – Po prostu daj temu teraz spokój, Yixing.
Westchnął przy moich ustach. Ciepło wstrząsało moim ciałem, spychając myśli na bok, przejmując kontrolę nad zmysłami. Nic, poza czystą, rozchodzącą się przyjemnością. Żarliwie poruszał biodrami w górę i dół. Uderzenia jego tyłka o moje uda były za głośne i zbyt nieprzyzwoite jak na cichą noc.
Nagle uświadomiłem sobie, że ktoś może nas zobaczyć będąc na spacerze. To jak ujeżdża mnie z szeroko rozłożonymi nogami po obu stronach moich bioder. Jego ciało lśniło od potu w świetle księżyca. Nikt o tej porze nie wysuwa nosa z domu, ale widziałem w wyobraźni naszą dwójkę spleconą ze sobą w wszechogarniającej rozkoszy.
Mój mózg tonął w ogniu, a kiedy jęknąłem głośno i zacisnąłem mocniej palce na jego rozczochranych włosach, przyjemność nasiliła się dwa razy bardziej, spychając nas z przepaści w otchłań ekstazy.
Zaledwie po kilku sekundach, bezwiednie opadł w moje ramiona. Zamykając oczy czułem się bezpiecznie, komfortowo.

*
To było niemożliwe, aby trzymać się z daleka od Laya, gdy już posmakowałem go raz.
Jeździliśmy do najdalej położonych miejsc na południu miasta, tylko po to, by pozwolił mi się pieprzyć na tylnych siedzeniach. Czasami robiliśmy to w domu, jednak bardzo cicho i pośpiesznie, ponieważ w każdej chwili mogliśmy zostać przyłapani na gorącym uczynku. Miałem go pochylonego nad biurkiem, zlewem, w fotelu i przed lustrem zanim skończył się tydzień. Stawałem się coraz lepszy w byciu ostrożnym, aby nigdy nie zostawić po sobie choćby śladu. Bywały chwile, kiedy podczas naszych zbliżeń górował spokój, delikatność, wolne tempo. Ściskał moje włosy w garści z frustracją, gdy czuł jak ciąży mu stłumione podniecenie. Mogłem prześledzić ciąg mocno czerwonych śladów zostawionych przez Junxianga na ciele Laya, całując każdy z osobna, jakby to miało sprawić, że zmienią się w moje.
Czasem lubiłem, kiedy Lay dochodził mając czerwone, spuchnięte od pocałunków usta. Nie dając sobie chwili wytchnienia znajdował się między moimi udami, biorąc mojego penisa do buzi jednym, płynnym ruchem. Doprowadzał mnie do szaleństwa, ale uwielbiałem to, ponieważ bez późniejszych konsekwencji, mogłem otwarcie pieprzyć go w usta.
Zdarza się, że chciałbym wierzyć, że Junxiang nigdy nie będzie wstanie doprowadzić do takiego stanu. Jego ciało staje się rozpalone, giętkie, rozpaczliwie wygina się do mojego dotyku, powieki drżą mu od zawrotnej przyjemności. Żadnych gierek, żadnych pretensji, tylko dłonie gładzące jego uda i ściskające pośladki, kiedy z czcią przyciskałem usta do każdego centymetra jego ciała, do którego sięgałem. Chciałem wierzyć, że Junxiang nigdy nie był taki, nie pieprzył tego słodko-ostrego chłopaka doprowadzając go do bezgłośnych westchnień i bezradnych dreszczy. Nie było potrzeby, aby zaznaczał swój teren bezsensownymi siniakami. Lay nadal rozpadał się w moich ramionach, całując mnie do utraty zmysłów z nogami owiniętymi ciasno wokół moich bioder.
Łatwo było dostrzec jak wolno zrzuca z siebie imię „Lay", kiedy jest ze mną. Yixing był nieco spokojniejszy, nieco bardziej powściągliwy i wycofany niż zmysłowy, ubrany w głęboką czerń Lay. Yixing uśmiechał się w sposób jaki zapamiętałem.
– Naprawdę nie rozpoznałem cię w pierwszej chwili – powiedział, kiedy przesuwał palcami po moich umięśnionych ramionach.
– Miło wiedzieć – wymruczałem.
– Nie jesteś już chudym, nastoletnim dzieciakiem marudzącym mi, jacy to nauczyciele są niedobrzy.
Potargał mi włosy, na co od razu chwyciłem jego nadgarstek i ściągnąłem rękę w dół. Nagle moje oczy dostrzegły lekkiego siniaka na jego ramieniu. Uwolniłem jego  dłoń, Lay powiódł za moim spojrzeniem i westchnął, zdając sobie sprawę na co patrzyłem.
– Wiem, co myślisz, ale on mnie nie krzywdzi, Kris. Przynajmniej nie wtedy, gdy tego nie chcę.
Ciężko było mi się nie skrzywić.
– Dlaczego?
– Pozwolenie Junxiangowi na pieprzenie mnie jest najprostszą częścią. To zakochanie się jest wyzwaniem.
Lay uśmiechnął się, przyciągnął z powrotem moją dłoń na swoje ciało, pozwalając na gładzenie skóry na nagim brzuchu. Zatrzymałem palce, czując wybrzuszenie. Blizna. Okrągła i mała, dokładnie takiego rozmiaru, jaki ma pocisk. Chłopak spiął mięśnie, lecz nie odsunął się i... 
Błysk... Gorąca krew sączyła się między jego palcami, spływała i tworzyła kałużę pod ciałem. Podłoga była twarda, szorstka, zimno od niej bijące przedzierało się przez ubrania prosto do skóry, do rdzenia każdej kości. Jego usta wydały z siebie bezdźwięczny, bolesny jęk tuż przy ostrym podłożu, ramiona drżały... Błysk...He Jun Xiang spuścił swoje ostre, znudzone spojrzenie na niego. Był pistolet w jego ustach, połykał ciepło z lufy kontrastujące z chłodem metalu. Jego pełne wargi ciasno obejmowały ulubiony rewolwer mężczyzny. Błyszczący, z gładkimi, pełnymi gracji liniami. Ciężko mu było nie wypchnąć lufy z ust językiem. Pistolet wsunął się głębiej, prawie dusząc go... Błysk... Uniósł swoją przesiąkniętą krwią rękę, chwiejnie, lecz z determinacją, złapał nadgarstek mężczyzny. Jego uścisk był słaby i śliski, roztarł czerwony ślad na śnieżnobiałym mankiecie koszuli oprawcy. Czuł się, jakby patrzył w oczy śmierci, a delikatny uśmiech nadal tkwił na twarzy Junxianga, spojrzenie lodowate i zbyt jasne. Nie chciał umierać... Błysk... Dźwięk przeładowywanego pistoletu był ogłuszająco głośny w ciemności... Błysk...
Westchnąłem szarpiąc swoją rękę w tył.
– Moja przykrywka została ujawniona, wiesz? To był łut szczęścia, że pozwolił mi żyć.
To nie było szczęście. Czułem to – Lay wtargnął do umysłu Junxianga. Tak subtelnie, tak prosto, ale zadziałało. Zasiał początkujące uczucie uwielbienia i miłości.
– Więc czujesz, że jesteś jego dłużnikiem?
Lay uśmiechnął się. Maleńka nutka dziwactwa czaiła się w kącikach jego ust.
– Wbrew temu, co myślisz, He Jun Xiang nie jest okrutnym potworem. Jest po prostu biznesmenem. W dodatku cholernie dobrym. Tyle, że handluje bronią. I śmiercią.

*
Z perspektywy czasu, to była kwestia chwili, zanim He Jun Xiang się zorientuje.
Kiedy kazał mi przyjść do salonu, Lay już tam siedział patrząc na mężczyznę z grymasem. Junxiang ledwie skinął głową, gdy się pojawiłem. Usunąłem się na bok, czując się nieswojo. Próbowałem przechwycić spojrzenie swojego kochanka, jednak ten nie spoglądał w moim kierunku. Kiedy spuszczałem oczy zobaczyłem to. Duże, ciemne, świeże siniaki wokół nadgarstków, wystawały spod długich rękawów koszuli. Odrętwiały poczułem jak chłód zalewa moje ciało. Było coś sztywnego w sposobie, w jakim siedział Lay. Nie widziałem inny śladów, przynajmniej nie na jego twarzy, lecz nie miałem pojęcia, co skrywało się pod nieskazitelnie białą koszulą.
Zawsze powtarzał, że Junxiang nigdy by go nie skrzywdził, jednak w tej chwili, to ja chciałem kogoś skrzywdzić i to bardzo. Już robiłem krok do przodu, gdy drzwi otwarły się ponownie, dlatego cofnąłem się.
Dopiero, gdy inny mężczyzna wszedł do pokoju, Junxiang z uśmiechem spojrzał na niego. Był niski, chudy, widywałem go czasami w pobliżu. Dbał o interesy klubu EXO, gdy w pobliżu nie było Laya. Nigdy nie poświęcałem mu zbyt wiele uwagi, choć zauważyłem, że chłopak był zawsze nieco chłodny i lekceważący względem niego. Minjae – tak miał na imię.
– Szef wzywał? – Mężczyzna nieco nerwowo uśmiechał się do Junxianga.
– Tak. Jak się mają sprawy w mieście?
– Uh, właśnie skończyliśmy sprzątać. Policja właśnie skończyła wszystkich przesłuchiwać, ale tak... Uh. Wszystko... Wszystko w porządku, szefie. – Mężczyzna skinął głową w kierunku Laya, kiedy Junxiang nie patrzył.
– Dobrze. Dobrze. – Biznesmen skinął głową nieco odwróciwszy się.
Widziałem jak otwiera drewniane pudełko. Zmarszczki wokół oczu uwydatniły się bardziej od uśmiechu. Nagle uświadomiłem sobie co zaraz się stanie. Czułem to tak wyraźnie w gęstniejącej atmosferze, jednak nic nie mogłem zrobić. Stałem jak wryty, kiedy Junxiang spokojnie odwrócił się i strzelił wprost w twarz Minjae. Głowa mężczyzny odskoczyła w tył, krew trysnęła, a ciało uderzyło z głośnym hukiem o podłogę. Mój szef był niezwykle celny.
– Ja pierdole. – Lay zerwał się robiąc kilka kroków w tył, by oddalić się nieco od całego bałaganu krwi na podłodze. Mocno zacisnął palce na krześle, a przystojna twarz wykrzywiła się w szoku i obrzydzeniu. – Co to kurwa było? – podniósł głos rozhisteryzowany.
Pojawiła się w mojej głowie mglista myśl – Lay nie miał powodów do bycia tak zaniepokojonym z powodu martwego ciała, w końcu wiem, do czego jest zdolny.
Junxiang spojrzał na rewolwer trzymany w dłoni, po czym wzruszył lekko ramionami.
– Eksplozja w EXO... Był tam dobrze poinformowany szczur. – Obserwowałem jak chowa pistolet z czcią w pięknie rzeźbionym, drewnianym pudełku. Podszedł do Laya, ostrożnie przekraczając krwawy bałagan, a jego ręka w mgnieniu oka wystrzeliła, by złapać szczękę chłopaka. – Zawsze powinieneś uważasz komu ufasz. – Junxiang nagle odwrócił twarz w moim kierunku, na co mimowolnie zrobiłem krok w tył. – Nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś rozwali twoją słodką główkę. Zawsze uważaj na siebie, dobrze? – Mężczyzna uśmiechał się, jego spojrzenie było niepokojąco jasne. Dreszcz przebiegł wzdłuż mojego kręgosłupa. Lay spanikował, miał szeroko otwarte oczy. Wyglądało to przerażająco prawdziwie. – Uciąłem sobie wczoraj pogawędkę z Kim Jonginem. To było... Interesujące – powiedział mężczyzna błądząc leniwie wzrokiem pomiędzy nasza dwójką. – Uporządkowaliśmy parę spraw. To jest to, co robimy. Jesteśmy mądrymi ludźmi biznesu, dzięki logice. Oczywiście przeprosił za ostatnie zniszczenie mojej własności. I małe BMW. Twoje ulubione.
Zdałem sobie sprawę, że Minjae był tylko ofertą pokojową.
– Stanowczo zaprzeczył atakowi tego dzieciaka, który chciał cię poćwiartować w windzie. Jednak, no cóż. Myślę, że ten facet trzyma jego karty zakryte. Powinienem pozwolić mu na to jedno nieczyste zagranie. – Junxiang wzruszył ramionami z smutnym uśmiechem na ustach. – No, mówiłeś, że chcesz iść na miasto dzisiaj, prawda? Nie będę cię dłużej zatrzymywał, chciałem ci tylko przekazać dobre wieści. Kris już jest na miejscu, więc możecie iść. – Mężczyzna poklepał jego policzek, zanim pozwolił mu odejść. Lay cofnął się i popędził do wyjścia bez słowa, mijając mnie.
Całą drogę do miasta spędziliśmy w ciszy. To było ostrzeżenie.

*
– Jak idzie praca?
Zitao stukał palcami o blat stołu. Dźwięk uderzających pierścionków o drewnianą powierzchnię by niewyobrażalnie głośny w ciszy opustoszałej kawiarni. To była tylko grzeczność. Wszyscy wiedzieli, że tajna operacja wkrótce dobiegnie końca. Junxiang jest bliski ostatecznej umowy z chińskim biznesmenem, zanim wyjedzie z kraju. Możemy uderzyć tuż po ich spotkaniu. Wszystko czego potrzebowaliśmy to miejsce i czas.
– Dobrze. Wszyscy w tym domu są nadal ciasno zapięci, jak szwajcarski zegarek.
Zitao prychnął, lecz zaraz nagle spoważniał.
– Wiesz, to o co mnie pytałeś jakiś czas temu... Myślę, że nadszedł czas, abyś zapytał o to Luhana.
Zmarszczyłem brwi.
– Pomijając to, że nie mogę, ponieważ nie ma go od tygodnia. Wrócił do centrali w Pekinu załatwić jakiś pilne sprawy. Co niby sprawia, że myślisz, że on powie mi cokolwiek?
– Myślę, że powinieneś zadać odpowiednie pytania,  Wufan. – Zitao patrzył na mnie ostro, intensywnie. – Pogrzebałem nieco bardziej po naszym ostatnim spotkaniu. – Nie byłem zaskoczony słysząc to, ponieważ jest dość ciekawską osobą. – Jest tam... Drugi profil odnoszący się do tajnej operacji Junxianga sprzed sześciu lat. Nie mogłem tego znaleźć na początku, ponieważ nie wiedziałem czego tak właściwie szukam. Żadnej nazwy. Ale wypróbowałem kilka sztuczek... I dostałem nazwę tych akt. Lu Han. Nie wiem jaka była w tym jego rola, lecz był zdecydowanie osobiście zaangażowany w całe to zasrane przedstawienie.
Zamilkłem. Podejrzewałem, że Luhan może wiedzieć kim był Lay, jednak nigdy nie śladu rozpoznania na jego twarzy, czy wiedzy przekazanej na spotkaniu instruktażowym.
– Oczywiście, jego akta są również poza główną bazą danych, ale... tak jakby popytałem pewne osoby...
– I?
Zitao westchnął pochylając się do przodu.
– Jest wiele mitów i sekretów wewnątrz NSS. Coś... Dobra. Nie wiele osób o tym wie, a jeżeli już, to właśnie oni sprawili, że jest to mitem. Jednak, czy NSS nie było mitem w twoich oczach przez całe sześć lat? Jest coś podobnego. Plotki o tajnej frakcji, technicznie nadal pod władaniem NSS, jednak całkowicie oddzielającej  tożsamości agentów. Niektórzy nazywają to Sekcją E12, niektórzy Projektem E.
– Co dokładnie robią?
– Nikt nie wie. Wszystko co mamy to spekulacje.
– Uważasz, że ci, których profile znajdują się poza główną bazą danych należą do tego... projektu?
– Jeżeli opis pasuje. – Zitao przesunął dłonią po włosach. Odchylił się, jednak w momencie znów wrócił do poprzedniej pozycji. – Nie wiem, czy powinienem ci o tym mówić, ale uważam, że powinieneś być świadom jeszcze jednej rzeczy. – Wyglądał na zmartwionego, jednak coś w jego oczach mówiło mi, że nie chce być już więcej w to wciągnięty. Wyświadczy mi wielką przysługę, większą niż mogłem marzyć, dlatego to czas, aby zmył się z pola widzenia. – Twój profil został usunięty z głównej bazy danych i zniknął za niewidzialną ścianą, zaszyfrowanego, tajemnego serwera zewnętrznego, Wufan. Nie mam do niej dostępu.
Siedziałem nieruchomo w fotelu.

*
– Junxiang opuszcza Sanyau w następny wtorek, po załatwieniu porozumienia w Korei Południowej. Wyjeżdża z kraju i nie ma zamiaru wracać – Lay powiedział cicho z wzrokiem utkwionym w scenerii za oknem samochodu. – Odwieziesz mnie na nasze spotkanie do portu w południowej części miasta, gdzie będzie na mnie czekał.
– Koniec gry. – Zacisnąłem mocniej ręce na kierownicy.
– Powodzenia – wymamrotał.
Nie wiedziałem co miał na myśli aż do chwili, pięć dni później, gdy patrzyłem na srebrną lufę rewolweru He Jun Xianga, zaledwie krok od drzwi do posiadłości. Mężczyzna trzymał w ręce pluskwę, którą zamontowałem na ich samochodzie zaledwie wczoraj. Wziąłem głęboki oddech, stojąc  bezruchu. Grupa SWAT czekali na nich w porcie.
– Dobra robota, agencie Krisie Wu, jeżeli to w ogóle jest twoje prawdziwe imię. – Junxiang uśmiechał się do mnie, był otoczony przez kilkoro ochroniarzy. Nigdy nie czułem większego zimna widząc ostre, przenikliwe spojrzenie mężczyzny skierowane bezpośrednio na mnie. – Ale zabawa dobiegła końca. Cóż, założę się, że było ci dobrze, kiedy to trwało. Musisz się czuć, jakbyś wygrał złoty medal, skoro spałeś z Layem, prawda? – Uśmiech wyostrzył się, a ja zamarłem. Nie widziałem Laya cały dzień.
– Gdzie on jest?
Junxiang przechylił lekko głowę.
– Martwisz się o niego? To miłe, ale naprawdę nie powinieneś. Przyjdzie za niedługo. Tymczasem, możemy uciąć sobie małą pogawędkę. Zastanawiam się, co w tobie jest, że Lay zechciał cię pieprzyć. Przecież on nienawidzi takich jak ty. Ale zgaduję, że chęć zemsty tak szybko nie wymiera.
Riposta zamarła w moich ustach.
–....co?
– Och, nie wiedziałeś? Czyżby pominęli tą piękną, poruszająca historię podczas szkolenia? Jak twoi ludzie postrzelili i zostawili go, by się wykrwawił na śmierć sześć lat temu? Takie okrutne, co by społeczeństwo pomyślało? – Junxiang uśmiechał się kręcąc głową.
Stałem jak wryty, przez głowę przelatywało mi setki słów. Czy on właśnie powiedział, że to NSS pozbyli się Laya? Nie. On musi kłamać, aby namieszać mi w głowie... Jednak nie było powodu, aby to robił. Fragmenty tego co wiedziałem, wszystkie plotki, historie, które mi mówiono zaczęły kłębić się wokół, jak doprowadzające do szaleństwa, nieistniejące szepty. Luhan powiedział, że tajny agent został zamordowany. Minseok zaś, że przeszedł na stronę Junxianga. NSS zatuszowało tożsamość Laya. Pojawiło się nagłe, lodowate uczucie wątpliwości w myślach.
– Kiedy go znalazłem, to był cud, że nadal żył leżąc tam w kałuży własnej krwi. Więc pomyślałem, że ten dzieciak jest wojownikiem. A potem spojrzałem w jego oczy i pierwsza myśl, jaka nasunęła mi się wtedy to... O, już przyszedł. – Junxiang odwrócił się i zobaczyłem jak Lay wychodzi z domu; szybko, pewnie.
Był ubrany w czarną koszulę i eleganckie spodnie. Miękki materiał leżał idealnie dopasowany. Ściskał usta w cienką kreskę, niewielka nutka dezaprobaty widniała na jego twarzy i niemal przegapiłem pistolet w jego ręku. Wszystkie mentalne tarcze miał podniesione, był całkowicie i lodowato pusty dla moich zmysłów. Widziałem jak Lay unosi pistolet w zwolnionym tempie. Jego ciemne oczy patrzyły prosto na mnie i... Wykonał strzał, zaledwie dwa kroki od Junxianga.
Nieco się zachwiałem. Zupełnie oszołomiony powoli spojrzałem w dół. Dostrzegłem  w pierwszej chwili sączącą się krew z mojej koszuli, zanim nerwy zarejestrowały oślepiający ból w brzuchu. Nogi ugięły się pod ciężarem ciała i mimowolnie opadłem na kolana z głuchym jękiem. Ostrożnie przyłożyłem dłoń do koszuli, zaraz ją odsuwając zupełnie mokrą od krwi. Lekki wdech sprawił, że napłynęła nowa fala bólu.
Kiedy spojrzałem w górę, zobaczyłem jak Junxiang przysuwa do siebie młodszego chłopaka i składa na jego ustach krótki pocałunek.
– Załatw to szybko, musimy iść za niedługo.
Lay odsunął się i podszedł do mnie. Intensywnie czarne spodnie weszły mi w wizję i dopiero wtedy spojrzałem w górę, gdy czubkiem lufy uniósł moją głowę. Patrzył na mnie z góry lodowatymi oczyma.
– Koniec gry, Kris. Przykro mi, że do tego doszło. Byłeś po prostu w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie – mówił spokojnym, cichym głosem. Niemal nie mogłem dosłyszeć słów z powodu własnego dyszenia.
– Dlaczego? – To było jedyne słowo, jakie udało mi się wypowiedzieć.
– Sześć lat temu, właśnie tak postrzelili mnie wasi ludzie. Zostawili mnie, wykrwawiającego się na ziemi. – Lay przysunął się bliżej, wolną ręką przesunął po własnym brzuchu.
Pamiętam obraz jego jęczącego bezgłośnie z bólu w zimny beton, gorącą krew płynącą z brzucha. Obraz, który Lay pokazał mi wraz ze swoją blizną. Czekał na coś, przyciskał palce do rany co chwilę, aby utrzymać się przy świadomości, ból przeszywał jego ciało ostrymi falami. Był jak elektrowstrząsy i przypominał mi to, co czułem teraz.
– Karma to suka, nieprawdaż? Teraz będziesz wiedzieć, jak się wtedy czułem, wykrwawiając i czekając na śmierć. – Pistolet przesunął się na kości policzkowe, czułem chłodny metal na swojej skórze. Trząsłem się z szoku i bólu. – Jednak tym razem, nikt nie przyjdzie, aby uratować twoje życie, agencie Wu Yifan.
Usta Laya wykrzywiły się w obrzydliwej imitacji uśmiechu, zanim mocno uderzył rączką pistoletu w moją głowę.
Ból eksplodował za moimi oczami, a ciało runęło na ziemię. Ostatnią, mglistą wizją był on, obejmowany przez Junxianga z słowami: „Musimy iść". Potem świat przeszedł w czerń

*
Gdy świadomość znów wróciła do mojej głowy, usłyszałem najpierw zagłuszone krzyki zanim otwarłem oczy i zobaczyłem niekończącą się biel ścian. Szpital. Skrzywiłem się opadając z powrotem na łóżko, byłem blokowany przez pulsujący ból głowy i nieszczęście w budynku. Zawsze nienawidziłem przebywać tutaj. Moje ciało było słabe i dziwnie odrętwiałe.
Fala wspomnień nadeszła w drugiej kolejności wraz z paniką i rozdzielającym bólem zdrady. Westchnąłem mając okropne zawroty głowy, widziałem obraz Laya z tym uśmiechem, zanim urwała mi się wizja. Nie mogłem się ruszyć, leki pompowane do mojego krwiobiegu obciążyły mnie.
Moim pierwszym gościem był  Luhan. Jakoś nie mogłem zmusić siebie do bycia zaskoczonym. To był pierwszy raz, gdy widziałem go po całej tej rewelacji jaką objawił mi Zitao. Wydawało się, że to było wieki temu, nawet on sam wyglądał jakby się postarzał – twarz miał zmizerniałą, a oczy czerwone ze zmęczenia.
– Jak? Lay mnie postrzelił – wyszeptałem. Czułem nagle pieczenie goryczy.
– Zrobił to. Musiał. W innym wypadku, He Jun Xiang zabiłby cię – Luhan westchnął siadając na krześle obok łóżka.
– Co? – Zamarłem.
– Wysłał nam sygnał alarmowy zaraz po tym, jak cię tam zostawił. Opuścił z Junxiangem dom, wkrótce po tym miasto.
Myśli tworzyły bałagan w mojej głowie.
– On nadal dla ciebie pracuje?
Luhan po prostu skinął głową.
Pojawiło się wkrótce niewyobrażalne poczucie ulgi, jednak nadal było coś, co tliło się w oddali.
– Ale on powiedział... Junxiang powiedział, że sześć lat temu... To NSS postrzeliło Laya... To dlatego.... To miała być jego zemsta. Powiedział mi to. – Słowa Laya brzmiały przerażająco prawdziwie. Pamiętam ten wyraz jego oczu. Pamiętam. Nagły strach zacisnął się wokół mojego gardła, a wizja rozmyła się. To zdecydowanie przez leki. Zaćmiewały mój umysł. Nie mogłem uchwycić się jednej myśli. – To prawda? Nie byłeś tam? Sześć lat temu? Widziałem... Widziałem twoje imię... W bazie danych. Musiałeś wiedzieć... Musiałeś wiedzieć, kim Lay był.
Zapadła krótka cisza, następnie Luhan zaczął mówić, głosem spokojnym i delikatnym.
– To prawda. Sześć lat temu, to NSS postrzeliło agenta specjalnego Zhang Yixinga. Byłem tym, który to zrobił.
Zamrugałem parokrotnie. Czas zdawał się zwolnić, a pokój ściemniać. Coś szarpnęło moim żołądkiem.
– Byłem jego partnerem. Tylko my dwaj uczestniczyliśmy w tej tajnej operacji i niewielu ludzi o tym wiedziało. Byliśmy tajni przez rok, aż do momentu, kiedy coś pochrzaniło się w NSS i nasza przykrywka została zerwana. A raczej, moja przykrywka. Wiedzieliśmy, że wcześniej, czy później Junxiang się połapie i zabije nas obu. Yixing nie chciał wycofać się z akcji, nie miał zamiaru zmarnować tego wszystkiego. Nasze wysiłki, które wkładaliśmy przez ostatnie trzynaście miesięcy obróciłyby się w pył. W panice stworzyliśmy plan. Ja miałem się wycofać, a on zostać. W jakiś sposób Junxiang polubił Yixinga, dlatego chcieliśmy wykorzystać to. Jednak, aby zdobyć zaufanie Junxianga, musiałem zabić Yixinga. Wszystko co odnosiło się do naszej aktywności sprzed roku, obarczyłoby mnie – osobie, która zniknie, podczas gdy Yixing byłby tą niewinną stroną wykorzystaną przeze mnie, a później zamordowaną z zimną krwią. Wiedzieliśmy, że jeżeli nie pójdziemy w skrajność, Junxiang nigdy by mu nie zaufał.
– To ty go postrzeliłeś.
Błysk... Blizna o pocisku na brzuchu Laya... Błysk... Lay wykrwawiający się na lodowatej ziemi, czekający na Junxianga.. Lub śmierć... Błysk.
– To było ryzyko. Nie wiedzieliśmy, czy Junxiang zdecyduje się uratować go, czy też nie. Yixing upierał się, że to zadziała.
„Zakochać się, to jest wyzwanie” – powiedział Lay.
– Dlaczego mi nie powiedziałeś? Dlaczego byłem w to wciągnięty?
– Sześć lat później, nadszedł czas na zamknięcie sprawy. Prawda jest taka, że... Nie wiedzieliśmy, czy Yixing rzeczywiście nadal dla nas pracuje, czy też przeszedł na ich stronę. Mieliśmy bardzo ograniczony kontakt przez ten czas. Nie mogłem się z nim porozumiewać, jednak pośrednik powiedział, że ma podejrzenia. Były argumenty na bardzo wysokiej pozycji. Latałem pomiędzy Pekinem i Sanyau z tego powodu... Zostałeś w to wciągnięty, ponieważ szefostwo chciało bezpieczeństwa w razie, gdyby Yixing rzeczywiście się odwrócił. Nigdy ci tego nie powiedziałem, ponieważ... ufam mu.
– Dlaczego? Skąd mogłeś to wiedzieć?
Luhan westchnął.
– Jestem empatą, dokładnie tak jak ty, Wufan. – Wiedziałem. Wiedziałem, odkąd Luhan dotknął mnie po raz pierwszy. – Yixing i ja... Znamy się długo, przyszliśmy do agencji w tym samym czasie. Możesz go wyczuć. Myślisz, że się odwrócił?
– ...nie. – Prawda była taka, że nie zrobił. Nawet, gdy strzelił do mnie mając ciemne oczy, gdy patrzył ponad lufą. – Gdzie oni teraz są?
– Przepraszam, nie mogę ci tego powiedzieć. – Nie musiał, znałem już odpowiedź. Zamknąłem oczy, chcąc odsunąć rozpaczliwe uczucie rozczarowania. Luhan stał. – Zostałeś odsunięty od sprawy, agencie Wu Yifan. Wrócisz do NIS. Dziękujemy ci za służbę i...  – Ułożył dłoń na moim ramieniu schylając się. – Dziękuję – mruknął cicho, a ja wiedziałem, że to nie moją „służbę" miał na myśli.
Zamknąłem oczy. Czułem nasilające się pulsowanie w dole brzucha.

*
Pekin był dokładnie taki sam, jak wtedy, gdy go opuściłem. Miasto wciąż wibrowało pod moimi stopami. Mieszkanie pokryte grubą warstwą kurzu. Do pracy za biurkiem nie mogłem się zmusić przez następne kilka miesięcy, kiedy zdrowiałem. Byłem zbyt sfrustrowany. Joonmyun patrzył na mnie z niepokojem, jednak nie unosił się. Byłem mu za to wdzięczny. Świat kołysał się powoli ku starej rutynie. Sanyau wydawał się być na drugim końcu świata, a to co się wydarzyło – błahy, letni romans. Opowiastka o letniej miłości i przygodzie, opowiadana przy ognisku, jeżeli pominie się martwe ciała i krew tryskającą z głów.
Kogo ja okłamywałem? Lay wypalił sobie miejsce wewnątrz mojej głowy, zostawił rany, które ledwie zaczynają się goić. Podświadomość umiejscowiła naszą ostatnią scenę razem w moich snach. Obraz zimnej lufy jego pistoletu, wiodącej po moich kościach policzkowych. Czasami Lay rozwala moją głowę drugim pociskiem. Innym razem ostrze wysuwa się z rękawa eleganckiej koszuli i jednym, wdzięcznym ruchem podrzyna mi gardło. Zawsze budzę się z krwawiącą dolną wargą, a metaliczny smak na języku jest niesamowicie znajomy.
Miałem chyba zbyt wiele nadziei, że ten letni romans nigdy nie wróci do miasta, aby mnie nawiedzić.
Zobaczyłem znów Zhang Yixinga późnym, jesiennym popołudniem. Zaledwie dwie ulice dalej od mojego mieszkania, gdy byłem w drodze do sklepu. Myślałem, że mam halucynacje, kiedy przechodziłem obok tej znajomej twarzy zupełnie osłupiały, jednak chwycił mnie za ramię i odwrócił do siebie.
– Pomimo pokerowej twarzy, wiem, że mnie rozpoznałeś. 
Lay niepewnie uśmiechnął się do mnie. Było to przeraźliwie znajome i wysyłało dziwne wstrząsy. Czekał na mnie. Ubrany w zwykłą, granatową marynarkę, podkoszulek i ciemne, obcisłe spodnie. Miękkie włosy niedbale opadały na czoło. Mówił z wyraźnym, charakterystycznym dla jego rodzinnego miasta akcentem, głosem delikatnym, płynnym. To nie był Lay z zalanych słońcem plaż Sanyau, lecz Yixing – zaginione dziecko Pekinu.
– To koniec – powiedział, gdy dostrzegł moją niepewność. – Skończyło się to już ponad dwa miesiące temu, ale byłem zajęty. Przepraszam, że nie odwiedziłem cię wcześniej. – Yixing uśmiechnął się, jak przyjaciel, którego spotyka się po latach. Jakby nie postrzelił mnie ostatnim razem. – Cieszę się, że wyglądasz lepiej. Znajdźmy kawiarnię i nadróbmy zaległości.
Dałem mu się poprowadzić będąc zbyt oszołomionym, by zaprotestować. Już prawie udało mi się zepchnąć w otchłań umysłu Laya i Junxianga, jako odległy obraz, bajkę, zostawioną w Sanyau. A jednak, Zhang Yixing wrócił.
Znaleźliśmy kawiarnię, tuż na rogu ulicy. Szklane ściany i drewniane stoliki. Chłopak popijał swojego drinka, podczas, gdy ja tylko żułem słomkę.
– Czy on nie żyje? – Obaj zbyt dobrze wiedzieliśmy, że nadejdą te tematy.
– Nie. – Pokręcił głową, delikatny uśmiech grał na jego ustach. – Został złapany. Operacja się udała i teraz siedzę tu z tobą, prawda?
Co za idiotyczne pytanie. Starałem się stworzyć inne, wybrać jedno spośród bałaganu tak wielu.
– Czemu zostałem odsunięty?
Spędziłem pierwszy miesiąc na złoszczeniu się na Luhan, Laya, NSS i prawie cały świat. Później, ból został schłodzony przez gorzkie otępienie.
– Ponieważ popełniłem błąd. – Oczy Yixinga paliły moją skórę, pamiętam to samo rozpalające uczucie, gdy wbijał zęby w moją spuchniętą wargę. Pamiętam jak szeroko rozkładał nogi, aby dać miejsce moim biodrom, później ściskając je, drżąc z przyjemności. – Operacja trwała zbyt długo, nie było już wymówkę, ale popełniłem błąd. Samozadowolenie mnie ogarniało, a Junxiang jest zbyt mądry, by się nie połapać.
Pamiętam jak wyglądał na samotnego i odizolowanego, jego kpiący uśmieszek nigdy nie sięgał oczu. Byłem jego pierwszą i jedyną ostoją, przy której mógł być sobą, po siedmiu latach życia jako Lay.
– Mógł istnieć delikatniejszy sposób, aby to zrobić. – To nie do końca było to, co chciałem powiedzieć, jednak od miesięcy prześladował mnie obraz zimnych, ciemnych oczu Laya, gdy pociągał za spust. Ból nadal czułem jak prawdziwy, jak również gorzkie poczucie zdrady.
– Przepraszam. – Wzrok Yixinga złagodniał. – Sprawy potoczyły się zbyt szybko. Musiałem pozbyć się ciebie z drogi, zanim Junxiang cię zabije. Gdyby on strzelił, rozmawiałbym teraz do nagrobka.
Nie powiedział tego wprost, ale wiedziałem co ma na myśli. Misja zawsze stoi na pierwszym miejscu, nawet jeżeli pociągnie za sobą śmierć kolegi. To dlatego NSS zawsze było bezwzględnie skuteczne. Yixing zabiłby mnie, jeżeli uznałby to za konieczne. Tak samo postąpił Luhan w sprawie Junxianga sześć lat temu. Jesteśmy pionkami, kalkulujemy szanse i wybieramy najlepsze możliwości, a czasami muszą stać na drodze ofiary.
– Trudno było go zgarnąć?
Nadal pamiętam subtelny sposób, w jaki Lay prężył się do dotyku Junxianga, oczy zasłaniało uwielbienie ilekroć mężczyzna zbliżał się do niego. Nawet teraz wywoływało to nieprzyjemny ścisk w żołądku.
Yixing milczał przez chwilę, rozwalając słomką kulkę lodów z kawy mrożonej.
– W pewnym stopniu... Lay naprawdę był zakochany w Junxiangu, wiesz? To by nie zadziałało, jeżeli te emocje nie byłyby prawdziwe. Jestem projektywny, ale to oznacza jedynie tyle, że mogę sprawić, że ludzie będą czuć to co ja. Przez siedem lat, ja byłem Layem.
Zanim przyjechałem i rysy zaczęły się ujawniać.
– W ostatniej chwili przed tym jak go aresztowali, kiedy przyciągnął mnie do siebie po raz ostatni raz, widziałem wyraz jego oczu... Wiem, że był zakochany w Layu. To czuł Junxiang. Ufał mi, a pułapka była położona. Powoli się wypalał, ale działało, bo plan był idealny. – Yixing westchnął roztrzęsiony. – Ale już nim nie jestem. Lay jest teraz martwy.
Jego oczy zamigotały. Dostrzegłem subtelną różnicę – nie było śladu po zmysłowym uśmiechu na jego ustach, pewnego siebie kroku, ułożonych perfekcyjnie włosów. Nawet wtedy, kiedy pieprzyliśmy się za plecami Junxianga, tuż po tym jak poznałem prawdziwą tożsamość Laya, zawsze było coś strzeżonego, co nie pozwoliło mu w pełni pozbyć się drugiego siebie. Teraz nie ma śladu po wartym biliardy won kochanku. Yixing wygląda starzej... i na zmęczonego.
Nie było już Laya, nie miałem także wątpliwości, że to był ten sam Zhang Yixing, którego poznałem po raz pierwszy na dachu liceum ponad dziesięć lat temu. Wydoroślał i nie jestem pewny, czy nadal go znam.
Obaj milczeliśmy. Myślałem o słowach jakie wypowiedział. Popołudniu, jesienny Pekin mienił się złotymi odcieniami w słońcu. Po ulicach przechadzali się ludzie. To miasto wydawało się oddalone miliardy kilometrów od Sanyau.
– Dlaczego tu naprawdę jesteś, Yixing? – Jego imię brzmiało nad wyraz obco. – Nie powiesz mi, że chcesz po prostu odnowić znajomość z starym przyjacielem.
Przysunął dłoń do mojej na stoliku, nie do końca nasze palce stykały się, jednak czułem ich ciepło.
– Jestem powiększoną ofertą pracy.
Coś gwałtownie ścisnęło moim żołądkiem, nawet jeżeli powinienem się tego spodziewać.
– Luhan prosił cię, abyś to zrobił?
– Być może już wiesz, ale twoje umiejętności znajdują się na znacznie wyższym poziomie, Wufan. Nawet w liceum wiedziałem, że jesteś wyjątkowo silnym empatą. To właśnie przyciągnęło nas do siebie.
– To nie jest oferta pracy z NSS, prawda? – Szukałem w jego oczach odpowiedzi. – Ty i Luhan. Nigdy tak naprawdę nie pracowaliście dla NSS. Tak samo jak i ja. Wciągnęliście mnie w to, nie wyjawiając prawdy. Projekt E. Sekcja E12. – Mit w micie o NSS. Teraz wreszcie wiem, jak naprawdę było. Zaskakująco łatwo zdołałem złożyć puzzle w całość. – Tajni agenci, których zdolności wybiegają poza to, co zwykły człowiek może potrafić. Empaci projektywni, tworzą zalążek własnych uczuć w drugiej osobie i otwarci, którzy mogą czytać z drugiego człowieka jak z otwartej księgi. Dlatego jest to takie tajne, ponieważ posiadacie umiejętności, które wdzierają się w umysł. Możecie wpływać na to co robią, myślą. Dość trudny kawałek do przełknięcia przez społeczeństwo. To przerażające.
Wszystko miało teraz sens. Mija była tylko testem, który miałem zdać. Nie wiem, czy chciałem wiedzieć jak mi poszło.
– Ludzie mogą pomyśleć, że jesteśmy potworami, ale to nieprawda, wiesz? Zmagamy się z życiem jak każdy inny. Mamy więcej zakopanych sekretów i szkieletów w szafie, ale staramy się, aby to co robimy było dla większego dobra, Wufan. Zawsze znajdzie się ktoś, kto położy swoje brudne ręce, aby dostać to czego chce.
– Pytasz mnie o dołączenie do agencji, która nawet nie zawahała się, aby strzelić ci w plecy i zostawić cię w rękach niebezpiecznego kryminalisty. Po siedmiu latach życia życiem, które do ciebie nie należało. – Nie miałem zamiar pytać Yixinga, czy spanie z Junxiangem było częścią jego planu. – Po tym jak postrzeliłeś mnie, aby chronić swoją tożsamość w misji.
– Nie każda misja jest tak tragiczna, Wufan. – Yixing drgnął, ale jego głos wciąż był spokojny i cichy. – Zwykle wykonujemy mniejsze sprawy. To był pierwszy raz, gdy przybrała ona tak ekstremalny obrót. I wcale nie jest tak źle. Dużo podróżujemy po świecie, możemy być kimkolwiek zechcemy. Wybrałem i zbudowałem Laya, wiesz? Istnieje dreszczyk emocji, poczucie satysfakcji, kiedy robisz coś, co przyczynia się do bezpieczeństwa tego kraju. Może nie jest to uznawane przez ogół społeczeństwa, ale nie urodziliśmy się z tymi wszystkimi... mocami, aby po prostu usiąść za biurkiem. Lubię to co robię. – Przerwa. – Może nie tak bardzo, w momencie kiedy Luhan mnie postrzelił. Albo, gdy jakiś paranoiczny zabójca psychopata, chciał mnie zamordować tylko dlatego, że uroił sobie, że jestem nieudolnym kieszonkowcem.
– Co?
– Pamiętasz tego koreańskiego chłopaczka z nożem? – roześmiał się. – Jeden z ulubieńców Projektu. Luhan był wkurwiony, kiedy o tym usłyszał.
– Wiesz, że to nie jest specjalnie zachęcające do podjęcia mądrej ścieżki zawodowej, tak?
– Robimy to, co musimy. To nic osobistego. Do czasu, aż nic nie spartolisz możesz żyć z dnia na dzień. Na co warto zwrócić uwagę, ten dupek został usunięty z Projektu. – Yixing wzruszył ramionami, po czym nagle pochylił się z migoczącymi oczami. – Masz tak wiele potencjału, którego jeszcze nie wyzwoliłeś, Wufan. Jesteśmy rzeczy, o których inni nie marzyli. Spędziłeś całe życie tłumiąc w sobie to kim naprawdę jesteś, bojąc się, co ludzie pomyślą, gdy dowiedzą się prawdy. Nie jesteśmy potworami, Wufan, jesteśmy kimś o wiele więcej. To twoja szansa. Możesz być kimś lepszym. Nigdy więcej ukrywania.
Czułem gwar tłumu w swojej głowie.
– Nie ma morału w tym co robisz.
Yixing ujął szklankę w dłoń
– Możemy nie śledzić kodu moralności społecznej, lecz jest to konieczne. Robimy kawał dobrej roboty. Nie chce cię zmuszać, masz wybór i możesz odmówić, a Projekt E zniknie z twojego życia na zawsze. Brak kontaktu, ani śladów.
Ciepło palców Yixinga było zbyt znajome. Błysk... Zimne oczy Laya wlepione we mnie znad pistoletu... Błysk... Nasze usta łączą się ze sobą, ciała gładko ocierają w klubie... Błysk... Oślepiający ból i gorąca krew pomiędzy moimi palcami... Błysk.... Pogodny śmiech Yixinga, gdy byliśmy na dachu liceum, gdy przyciskał palce do mojego policzka... Błysk... Moja matka sycząca z pogardą: „Coś jest nie tak z twoją głową"… Błysk…
– Więc jaki jest twój wybór, Wu Yifanie?
Spojrzałem prosto w jego oczy. Oboje już znaliśmy odpowiedź.

1 komentarz:

  1. Zdecydowanie moj ulubiony fanfic ze wszystkich. CUDO *-* Baaaardzo dziekuje za przetlumaczenie, nie mowiac juz o zamienieniu Sekaia na Kraya <3

    OdpowiedzUsuń